Archiwum

Osobowość borderline w koncepcjach psychodynamicznych

Rozpoczynamy na Blogu nowy cykl, który będzie dotyczył rozumienia zaburzenia osobowości borderline w różnych paradygmatach psychologicznych. Chcielibyśmy przybliżyć Czytelnikom sposób rozumienia, a także podstawowe założenia dotyczące leczenia tego zaburzenia, które diagnozuje się obecnie u stosunkowo dużej grupy pacjentów. Zaczynamy od paradygmatu wywodzącego się z klasycznej psychoanalizy, czyli teorii psychodynamicznych.

Współcześnie w literaturze psychodynamicznej zagadnienie osobowości borderline jest najczęściej opisywane w oparciu o koncepcję tzw. organizacji osobowości borderline Otto Kernberga (1967), która ciągle rozwijana jest przez zespół Personality Disorders Institute w Weil Cornell Medical College w Stanach Zjednoczonych. Według tej teorii, tzw. osobowość borderline jest bardzo szerokim pojęciem opisującym nieprawidłową strukturę osobowości, która jest podłożem większości znanych w psychiatrii zaburzeń osobowości (np. narcystycznego, schizoidalnego, histrionicznego, a także zaburzenia osobowości borderline rozumianego tak, jak opisuje się je w klasyfikacjach psychiatrycznych). Przyczyn patologicznej organizacji osobowości borderline upatruje się w interakcji czynników środowiskowych i wewnętrznych predyspozycji jednostki: z jednej strony kluczowy jest uwarunkowany wielowymiarowo wysoki poziom agresji (związany z właściwościami biochemicznymi układu nerwowego, predyspozycjami genetycznymi i doświadczeniem wczesnodziecięcym), z drugiej istotne jest wystąpienie trudnych doświadczeń we wczesnym dzieciństwie (np. wykorzystania seksualnego, opuszczenia, powtarzającej się niedostępności emocjonalnej opiekuna).

Najważniejszą cechą charakteryzującą osobowość borderline w koncepcjach psychodynamicznych jest tzw. patologia uwewnętrznionych relacji z obiektem. Powstają one we wczesnym dzieciństwie, jako reprezentacje odnoszące się do relacji między dzieckiem a opiekunem. Takie wewnętrzne relacje z obiektem podlegają dynamicznym zmianom w wyniku działania wewnętrznych konfliktów, fantazji i mechanizmów obronnych, a ich ostateczny kształt w życiu dorosłym może znacznie odbiegać od rzeczywistych doświadczeń danej osoby. W określonym kontekście uruchamiają się różne wewnętrzne relacje z obiektem, determinując sposób przeżywania i funkcjonowania w danej relacji, np. z życiowym partnerem. W patologii uwewnętrznionych relacji z obiektem upatruje się źródeł charakterystycznego dla osób borderline funkcjonowania interpersonalnego, charakteryzującego się jednostronnym postrzeganiem bliskich osób i samego siebie oraz nagłymi przejściami od idealizacji innych do ich dewaluacji bez wyraźnej zewnętrznej przyczyny. Osoby borderline mają kłopoty z odczuwaniem empatii i adekwatnym rozpoznawaniem uczuć innych osób, mają też tendencję do ich nierealistycznego oraz powierzchownego spostrzegania i rozumienia. Często wycofują się z angażujących emocjonalnie relacji lub przeżywają je w sposób tak konfliktowy, że utrzymanie relacji staje się w pewnym momencie niemożliwe. Charakterystyczne jest dla nich poczucie niepewności co do własnej wartości przy jednoczesnym doświadczaniu wielkościowych fantazji. Takie wewnętrzne relacje z obiektem znajdują tez odzwierciedlenie w poczuciu tożsamości osób borderline, które opisuje się jako „rozproszone”. Mają one problem z określeniem, kim tak naprawdę są, jakie są ich cele i wartości, do czego zmierzają w swoim życiu. Zaburzona tożsamość osób borderline często znajduje swój wyraz w poczuciu chronicznej pustki, depresji oraz braku zainteresowań.

Według założeń psychoterapii psychodynamicznej przyjmuje się, że leczenie osób z osobowością borderline jest leczeniem długoterminowym, tzn. trwa nawet kilka lat. Zalecana częstotliwość spotkań to spotkania dwa razy w tygodniu, jednak jeśli z różnych powodów nie jest to możliwe, spotkania odbywają się raz w tygodniu. Bardzo ważna jest stałość spotkań, które odbywają się zawsze o tej samej porze i nie powinny być odwoływane bez wyraźnej przyczyny. Celem terapii jest wspomaganie pacjentów w integracji wszystkich aspektów ich wewnętrznego świata, tak aby mogli odbierać samych siebie i inne osoby w swoim życiu w adekwatny, zrównoważony i spójny sposób. Bardzo ważnym elementem pracy jest relacja między pacjentem a terapeutą, dzięki której w bezpiecznym otoczeniu gabinetu można obserwować i rozumieć często bardzo bolesny i chaotyczny wewnętrzny świat pacjenta.

Monika Marszał

 

 

Reklamy

Psychoterapia i (konstruktywne) rozczarowanie

Psychoterapia bywa postrzegana jako „cudowny środek”, metoda rozwiązywania różnorakich problemów. Myślę, że marzeniem wielu ludzi jest odnalezienie sposobu na uzyskanie szczęścia (co samo w sobie nie jest niczym złym, stanowi po prostu część naszej ludzkiej natury) i nierzadko zdarza się, że udział w terapii jest traktowany jako tenże sposób. Niestety, tego rodzaju perspektywa prowadzi w prostej linii do rozczarowania i – co za tym idzie – do zrezygnowania z terapii lub nawet zdewaluowania jej. Chciałbym przedstawić tutaj zatem najczęstsze „okazje” do doświadczania rozczarowania w procesie psychoterapeutycznym, co być może będzie pomocne w nieco lepszym przygotowaniu się na udział w tym procesie i przejściu przez to doświadczenie emocjonalne w konstruktywny sposób.

Proces rozczarowywania się nierzadko rozpoczyna się już na pierwszym spotkaniu. Zadaniem terapeuty jest wtedy ocena: na ile oczekiwania osoby zgłaszającej się na terapię są – na najbardziej ogólnym poziomie – możliwe do realizacji. Bywa, że nie są one do spełnienia; na przykład wtedy, gdy chodzi o znalezienie idealnego partnera życiowego lub gdy ktoś chciałby, żeby wszyscy go akceptowali i doceniali. Nie możemy, jako terapeuci, podsycać nadziei tam, gdzie wiedzie ona w ślepą uliczkę. Dlatego też od początku staramy się wskazywać na to, co jest realistyczne i na to, co realistyczne być nie może. Jakakolwiek inna postawa ze strony terapeuty byłaby, najprościej mówiąc, oszustwem. „Gmach wzniesiony na kłamstwie nie oprze się wichurze”.

Jeśli spojrzymy na proces psychoterapeutyczny z perspektywy medycznej, czyli jako proces leczenia (dotyczący głównie trudności emocjonalnych), to widoczne staje się, jak odmienne jest to leczenie od „typowego”, tzn. proponowanego przez lekarzy różnych specjalności. W tej typowej relacji lekarz-pacjent, ten drugi sprowadzony jest w zasadzie do roli osoby podporządkowanej, której głównym zadaniem jest wykonywać zalecenia lekarza – czyli „poddać się leczeniu”. Relacja terapeuta-pacjent jest bardziej relacją symetryczną, choć nadal nie jest nią do końca. Uznajemy za bardzo ważne kwestie gotowości i motywacji do WSPÓŁUCZESTNICZENIA w leczeniu. W tym sensie, leczenie bardziej staje się współpracą niż poddawaniem się woli autorytetu. I tutaj pojawia się miejsce na kolejne rozczarowanie: dla części Pacjentów wzięcie współodpowiedzialności za proces zdrowienia jest bardzo trudne. Woleliby pozostać bierni, w oczekiwaniu, aż specjalista zastosuje szereg tajemniczych i „cudownych” zabiegów, które przyniosą upragnioną równowagę emocjonalną. Niestety, od dawna już wiemy, że to tak nie działa. Uczestniczenie w psychoterapii, to uczestniczenie w specyficznej formie współpracy, w której zaangażowanie i wola działania, odgrywają kluczową rolę. Ponownie, nie dla każdego jest to perspektywa do przyjęcia.

Potrzeba zależności współwystępuje z pragnieniem uzyskania odpowiedzi na najważniejsze dylematy i życiowe Wielkie Pytania (Kim jestem? Dokąd zmierzam? Co jest dla mnie dobre? Co powinienem zrobić?). Pytania te bywają kierowane do terapeuty, który, niestety, nie zna – i nie może znać – na nie odpowiedzi. Zamiast tego, stara się pomóc w samodzielnym ich odnalezieniu lub w przeformułowaniu pytań na takie, które będą bardziej precyzyjne. W tym sensie, psychoterapeuta nie jest specjalistą od odnajdywania właściwych odpowiedzi, a raczej specjalistą od zadawania właściwych pytań.

Kolejne etapy terapii przynoszą rozczarowanie innej natury. Okazuje się, że praca nad realistycznym celem związana jest z ceną, którą trzeba ponieść. Aby zyskać coś nowego, nierzadko trzeba z czegoś innego zrezygnować. Na przykład, można zyskać poczucie większej stabilności emocjonalnej, ale kosztem zmniejszenia ilości godzin pracy/wyeliminowania ze swojego życia alkoholu/odpuszczenia nawiązywania relacji z agresywnymi, choć interesującymi przez to mężczyznami, i tak dalej. Podjęcie tego rodzaju decyzji stanowi ogromne wyzwanie i bywa, że niektóre osoby wolą pozostać przy starych wzorach zachowania niż wprowadzać konkretną zmianę do swojego życia. Wybór zawsze pozostaje po stronie Pacjenta.

Ostateczne rozczarowanie zawsze jest związane z faktem, że terapia kiedyś się kończy. Marzenie o posiadaniu przy sobie człowieka, który gotowy jest wysłuchać i pomagać (w specyficzny sposób, ale to zawsze coś) jest dosyć powszechne. Najczęściej jest ono, przynajmniej częściowo, realizowane przez posiadanie przyjaciół, rodziny. Ale jeśli obszar relacji z ludźmi jest obszarem deficytowym (zaniedbanym, niezrealizowanym), to kontakt z terapeutą może w pewien sposób wypełnić tę niszę. W toku terapii konieczne jest, by obszar relacji z ludźmi został w jakiś sposób konstruktywnie zagospodarowany, ale to wymaga (jak już wspomniałem wyżej) pracy oraz gotowości do wzajemności. Terapeuta może być traktowany jako opcja „łatwiejsza”, bo dostępna regularnie i opłacana. Często zdarza się też, że Pacjent przywiązuje się do terapeuty, zaczyna go lubić lub obdarzać innymi pozytywnymi uczuciami (co traktujemy jako ważny i na ogół sprzyjający element terapii, zwłaszcza, że sami nie jesteśmy tego rodzaju uczuć pozbawieni i również obdarzamy naszych Pacjentów sympatią, interesujemy się nimi i ich los nie jest nam obojętny – emocjonalnie zbliżamy się do nich). Niemniej, ważnym krokiem z naszej (terapeutów) strony jest przygotowywanie Pacjentów na ograniczoność w czasie procesu terapeutycznego. Naczelną zasadą pracy terapeutycznej jest bowiem doprowadzenie do takiego momentu, by Pacjent uzyskał samodzielność (na tyle, na ile to możliwe) w radzeniu sobie z własnymi trudnościami emocjonalnymi. To jest większa wartość niż pozostawanie w permanentnej relacji terapeutycznej.

Warto przy tym wspomnieć o kwestii osiągniętych efektów terapii. Często nie oznaczają one wyeliminowania starych problemów, usunięcia traumatycznych wspomnień lub pozbawienia siebie kontaktu ze smutkiem bądź lękiem. Za pozytywny efekt terapii uznajemy rozwinięcie przez Pacjenta umiejętności osiągania równowagi emocjonalnej, czy też umiejętności lepszego zarządzania swoim własnym życiem – niezależnie od tego, jakie ono będzie. Nieprzyjemne stany emocjonalne, wyzwania, dylematy, kryzysy – to nieodłączne elementy egzystencji i nie możemy tego zmienić. Możemy natomiast nauczyć się lepiej do nich przystosowywać, konstruktywnie się adaptować.

Stare porzekadło mówi: „Coś jest lepsze niż nic”. Z powodzeniem można to odnieść do procesu psychoterapeutycznego, gdzie część wyidealizowanych oczekiwań zostaje sfrustrowana, ale te bardziej realistyczne mają szansę na urzeczywistnienie. Często sama idealizacja jest częścią emocjonalnych problemów, z którymi borykają się Pacjenci, dlatego też zrezygnowanie z niej – choć bolesne – pozwala na lepszy kontakt z rzeczywistością i na zaspokajanie swoich potrzeb w większym zakresie, niż miało to miejsce wcześniej. Podsumowując, nie można mieć wszystkiego, ale można mieć więcej, niż kiedykolwiek.

Być może powyższy wywód ma nieco pesymistyczny wydźwięk; można jednak na to spojrzeć inaczej. Proces psychoterapeutyczny, choć długotrwały i trudny, ostatecznie może być niezbędny w dokonaniu ważnej zmiany życiowej. Jeśli zatem możemy w odniesieniu do terapii mówić o jakimkolwiek cudzie, to będzie nim (jak pisał Stephen Johnson) „cud ciężkiej pracy”. Konstruktywne radzenie sobie z frustracją i rozczarowaniem stanowi bardzo ważną część tej pracy. Ostatecznie, dochodzimy do tego, że mało co przynosi tak wielką satysfakcję, jak osiągnięty, realistyczny cel oraz świadomość, że drogę do niego zbudowało się własnymi rękoma.

 

Tomasz Grabiec

 

Biologia szczęścia – co na to ewolucja?

Ewolucyjne uwarunkowanie szczęścia

Poziom odczuwanego szczęścia jest w dużej mierze uwarunkowany genetycznie. Dzięki reprodukcyjnemu sukcesowi poprzednich pokoleń ludzie charakteryzują się istniejącymi obecnie mechanizmami adaptacyjnymi, mechanizmami pozwalającymi odczuwać szczęście jak i mechanizmami wyzwalającymi negatywne emocje, które poprzez swoje działanie mają skłonić nas do szeroko rozumianej zmiany. Człowiek posiada biologiczne wyposażenie umożliwiające mu osiąganie sukcesu i odczuwania szczęścia. Psychologia ewolucyjna poświęciła do tej pory znacznie więcej uwagi emocjom negatywnym niż pozytywnym. Strach, smutek i złość mobilizują do podjęcia działania w sytuacji zagrożenia i kryzysu, w tym kryzysu spowodowanego stratą. W związku z tym można stwierdzić tylko tyle, że wraz z procesem ewolucji wykształciły się zarówno systemy związane z odczuwaniem emocji pozytywnych jak i negatywnych. Dobór naturalny faworyzował osobników z dobrze rozwiniętym systemem związanym z odczuwaniem emocji negatywnych, emocji, których oddziaływanie skłania do zachowań istotnych dla przeżycia czy zachowania zdrowia [por. Selgiman 2005]. Emocje te charakterystyczne są w tzw. „grach o sumie zerowej”, w których zwycięstwo jednej ze stron staje się automatycznie przegraną drugiej. W takim rozumieniu emocje pozytywne traktowane były jedynie jako skutek uboczny radzenia sobie w życiu.

funny-evolution14

Wkład w zrozumienie ewolucyjnej funkcji emocji pozytywnych miała profesor Uniwersytetu Michigan Barbara Fredrickson, która zaprezentowała funkcję teorii pozytywnych [por. Seligman 2005]. Twórczość, otwartość, tolerancja, inny sposób funkcjonowania poznawczego, opisany powyżej, a związany z afektem pozytywnym, tworzą rezerwy i zasoby intelektualne, fizyczne i społeczne. Afektywność pozytywna sprzyja zawieraniu sojuszy i zacieśnianiu więzi społecznych, grom o sumie dodatniej, w której wszyscy uczestnicy zyskują, co jest istotnym zasobem wykorzystywanym w sytuacjach kryzysowych. Inaczej niż emocje negatywne, które zawężają zakres uwagi i repertuar zachowań, działają emocje dodatnie, które sprzyjają eksploracji i rozwojowi. Odczuwanie i znaczna ekspresja emocji pozytywnych, charakterystyczne dla dzieci, w znacznej mierze przyczynia się do wspomnianego wcześniej wzbogacania zasobów intelektualnych, fizycznych i społecznych istotnych dla ich rozwoju [por. Seligman 2005]. Eksplorowanie otoczenia wyucza zaradności, która zwrotnie oddziałuje na eksplorowanie, zapewniając zarówno rozszerzanie się repertuaru sprzyjających adaptacji zachowań, jaki i wzmacnianie samego afektu pozytywnego. Chociaż mechanizmy działania systemu emocjonalnego to bardo szeroki temat, to wydaje się, że spirali pozytywnych emocji, w odróżnieniu od spirali emocji negatywnych występującej między innymi w depresji, poświęca się w psychologii mało uwagi pomimo tego, że wiedza na temat jej oddziaływania, wzmacniania i funkcjonowania byłaby istotnym elementem pracy nad zwiększaniem szans na szczęśliwe życie. Rzeczywistość i autentyczność cech, emocji i zachowań zwanych pozytywnymi i negatywnymi, jak też holistyczne ujmowanie emocjonalności człowieka są jednymi z głównych założeń nowej perspektywy ujmowania człowieka charakterystycznej dla psychologii pozytywnej.

W następnym odcinku: Nowe wyzwania wynikające z ewolucyjnego uwarunkowania szczęścia

Opracowane na podstawie:
Marszał, M., Olesiński, P. (2009). Biologia szczęścia. Poznańskie Forum Kognitywistyczne. Teksty Pokonferencyjne. Nr 4.

Dziecięce nawyki w dorosłych relacjach – czyli co to jest „przeniesienie”.

Nie sposób przecenić wpływu pierwszych relacji na dalsze życie. To w jaki sposób dziecko przeżywa swoich najbliższych będzie determinowało jego przyszłe przyjaźnie, relacje zawodowe i związki. Pierwsze kontakty społeczne są matrycą dla następnych. Jednym z podstawowych założeń teorii psychodynamicznych, wywodzących się z psychoanalizy, jest przyjęcie zjawiska zwanego przeniesieniem. Jest to sposób reagowania na osobę z naszego aktualnego otoczenia, tak jakby była ona ważną figurą z przeszłości. Reakcje przeniesieniowe przypominają nasz sposób reagowania na rodziców, rodzeństwo i innych najbliższych w okresie dziecięcym. Zjawisko to występuje w każdej relacji, czyli każda relacja jest pomieszaniem reakcji adekwatnych – związanych z teraźniejszością i reakcji przeniesieniowych, zniekształconych – związanych z przeszłością. Reakcje przeniesieniowe są nieadekwatne: zbyt intensywne lub dziwaczne – nie pasują do obecnej sytuacji. Były adekwatne kiedyś, ale straciły na aktualności, są jednak odtwarzane, pokazując jak ważny emocjonalny wpływ mają wczesnodziecięce doświadczenia.

Szczególną łatwość wyzwalania starych sposobów reagowania mają sytuacje, w których stykamy się z autorytetami: z nauczycielami, lekarzami itp. W relacji do tych osób widoczne stają się nasze potrzeby bycia akceptowanym, zaopiekowanym, kochanym, chwalonym. Z większą łatwością możemy również w kontakcie z tymi osobami przeżyć rozczarowanie, lęk, poczucie gorszości. Może być to związane właśnie ze zjawiskiem przeniesienia, które sprawia, że w relacji do tych osób aktywują się emocje przeżywane w stosunku do rodziców, a więc pierwszych autorytetów.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której dorosły mężczyzna dowiaduje się, że lekarz, o którym słyszał najlepsze opinie i do którego chciał się dostać, nie ma wolnych terminów na najbliższy miesiąc. Dodajmy, że sprawa jaką mężczyzna ma do lekarza nie jest pilna, a jednak nasz bohater reaguje na brak terminów wściekłością i przez cały dzień jest nieznośny dla całej swojej rodziny. Zgodzimy się, że jego reakcja nie jest adekwatna do sytuacji. Odwleczenie wizyty w czasie nie ma dla niego żadnych negatywnych konsekwencji, lekarz nie obraził go ani w żaden sposób nie zlekceważył, ostatecznie nawet mu nie odmówił, wizyta może odbyć się za miesiąc. Skąd więc wściekłość? Mężczyzna ten może mieć za sobą doświadczenie bycia pomijanym lub odrzucanym przez ojca np. na rzec rodzeństwa. Mimo podejmowanych przez syna prób ojciec go nie zauważał lub nie doceniał. Sytuacja z lekarzem mogła uruchomić te same uczucia, które mężczyzna przeżywał wobec ojca: poczucie bycia pominiętym. Lekarz sam w sobie nie stanowi dla mężczyzny nikogo ważnego, ale stanowi pewną reprezentację. Cały ten proces nie jest świadomy. Bohater naszego przykładu nie reflektuje odtwarzania zachowań z przeszłości – będzie upierał się, że złość wywołał lekarz i jego nieelastyczny grafik, a całe zdarzenie może podsumować: „W dzisiejszych czasach nawet na prywatną wizytę trzeba czekać miesiącami! A co jakbym był naprawdę chory?!”

Każdy z nas doświadcza tego typu wydarzeń. Każdy z nas co jakiś czas doświadcza sytuacji, w której zalewają go emocje, które są zaskakujące w swojej intensywności – wyprowadzają nas w równowagi drobnostki, a my potem zachodzimy w głowę dlaczego zareagowaliśmy tak a nie inaczej. Te same procesy dotyczą naszych związków – im ważniejsza relacja tym silniejsze przeniesienie. Należy pamiętać, że nie ma w tym nic złego, jednak rozpoznanie w sobie tendencji do określonego sposobu reagowania na partnera może pokazać, że u jego źródła leży pragnienie by parter wynagrodził nam niedostateczną opiekę matczyną albo dał różne inne rzeczy, których nie otrzymaliśmy albo wydaje nam się, że nie otrzymaliśmy w dzieciństwie. Otóż tego nam nikt tak do końca nie wynagrodzi ani nie uzupełni – i zdanie sobie z tego sprawy może utorować drogę dla lepszej komunikacji, częstszego poczucia bliskości i wzajemnego zrozumienia.

Uświadamianie sobie wpływu przeszłości na teraźniejszość może przynieść dużą ulgę. Rozumienie własnego postępowania pozwala na jego modyfikację i uwalnia od niepotrzebnych, nieprzyjemnych emocji. Analiza reakcji przeniesieniowych jest jedną z metod pracy psychoterapeuty. Gabinet terapeutyczny jest miejscem gdzie reakcje przeniesieniowe pojawiają się ze zdwojoną siłą, jako że podczas sesji omawiane są bardzo delikatne, osobiste dylematy. Pacjent przychodzi po pomoc, w poczuciu dyskomfortu i ma wobec terapeuty dużo świadomych i nieświadomych oczekiwań. Gdy terapeuta ich nie spełnia – a nie zrobi tego z pewnością gdyż nie jest to w mocy żadnego człowieka – wówczas pacjent odczuwa rozczarowanie i złość. Analiza tego jak pacjent przeżywa swojego terapeutę pozwala na lepsze rozumienie innych relacji w jego życiu. Pozwala także zobaczyć przeszłe relacje w nowej perspektywie, co może uwolnić od prób realizacji pragnień niemożliwych i pozwolić na czerpanie większej satysfakcji z tego co jest w zasięgu ręki.

man-and-shadow

Osobowość obsesyjno-kompulsyjna: „Po prostu nie chcę popełnić błędu”

Życie osób z zaburzeniem obsesyjno-kompulsyjnym jest wydajne, dobrze zorganizowane i uporządkowane. Często praca jest czymś ważnym, czemu poświęcają się z zapałem i wysiłkiem, co przyćmiewa inne obszary ich życia. Pracując, starają się zachować najwyższą jakość pracy, wszystko co robią musi być wykonane idealnie, często współpracownicy opisują ich jako perfekcjonistów. Pozornie sprawiają wrażenie dobrze przystosowanych i osiągających sukcesy osób, jednak za takim sprawnym, aktywnym działaniem, często stoją problemy przysparzające im dużo cierpienia.

Perfekcja w działaniu wynika z przeżywania nieustającego lęku przed popełnieniem błędu. Każdy błąd może prowadzić do wyrzutów sumienia, uznania własnych dokonań za marne lub kompletnie nic niewarte, a siebie za nieudacznika zasługującego na krytykę i potępienie. Bez reszty oddani pracy, z trudem znajdują czas dla siebie i rodziny, co buduje dystans między nimi a bliskimi im osobami oraz prowadzi do przeżywania samotności i poczucia niezrozumienia w relacjach z ludźmi. Obsesyjne pochłonięcie pracą, przychodzenie do niej przed wszystkimi, a wychodzenie później sprawia że praktycznie nie miewają wolnego czasu. Zawsze mają coś do zrobienia, bo zawsze można coś poprawić i wykonać lepiej. Stawiają sobie i innym tak wysokie wymagania, że w konsekwencji nigdy nie odpoczywają i nie są w stanie się odprężyć. Chwile relaksu są okupione wyrzutami sumienia i poczuciem, że spotka ich za to kara.

Próbą radzenia sobie z lękiem przed popełnieniem błędu, porażką jest nieustające staranie się. Osoby te próbują wypełniać wszelkie możliwe oczekiwania i wymagania, gdyż w przeciwnym razie słyszą wewnętrzny, potępiający ich głos. Groźba kary jaką zapowiada ich krytyczny głos jest tak przerażająca, że wolą poświęcać długie godziny, żeby upewnić się że wszystko jest w nienagannym porządku.

1

 

Osoby zmagające się z tym zaburzeniem często można rozpoznać także po bardzo rozbudowanej samokontroli emocjonalnej. Sprawiają wrażenie opanowanych, zdystansowanych, podchodzących do wszystkiego z rezerwą. W kontakcie z nimi można odczuć brak spontaniczności, skoncentrowanie na postępowaniu zgodnie z zasadami lub własnym planem. Często też można odczuć ich próby spełniania nawet niewypowiedzianych oczekiwań drugiej strony.

W powyższym opisie, pewnie każdy z nas odnajduje w sobie niektóre z takich cech. Wydaje się, że osoby o takim stylu osobowości częściej można spotkać w społeczeństwach rozwiniętych, gdyż takie cechy, jak wydajność, punktualność, pracowitość, dbałość o szczegóły są wysoko cenione jako warunek sukcesu zawodowego i pozycji społecznej w świecie, w którym żyjemy. Odniesienie sukcesu, zdobycie wykształcenia, zazwyczaj wymagają takich cech, które utrzymają motywację i opanowanie w trakcie ich realizacji, a cechy charakterystyczne dla tego zaburzenia pomagają je osiągać. Gdzie więc przebiega granica między normą a zaburzeniem?

W rozpoznawaniu cech obsesyjno-kompulsyjnych istotne jest rozróżnienie między stylem osobowości a zaburzeniem. Te dwa pojęcia można uplasować na kontinuum od bardziej przystosowawczych zachowań (przy stylu osobowości obsesyjno-kompulsyjnej) do tych mniej adaptacyjnych (przy zaburzeniu). Posłużmy się przykładem; o ile osoba cierpiąca na takie zaburzenie jest tak pochłonięta regułami, że traci z oczu całość obrazu, to osoba o stylu ob.-komp. będzie dumna z ukończenia pracy dopiętej na ostatni guzik w każdym najmniejszym szczególe, ale te szczegóły nie przytłoczą jej i nie przeszkodzą w ukończeniu zadania. Gdy osoba z zaburzeniem będzie tak pochłonięta pracą, że rodzina, hobby , odpoczynek będę na dalekim planie, to osoba o takim stylu osobowości będzie wysoko ceniła swoją pracę ale nie straci z oczu innych ważnych obszarów swojego życia.

 

2

 

Kryteria zaburzenia osobowości obsesyjno-kompulsyjnej według DSM IV

Utrwalony wzorzec troski o ład, perfekcję, kontrolę umysłową i interpersonalną kosztem elastyczności, otwartości i skuteczności, który pojawia się we wczesnej dorosłości i ujawnia w różnych kontekstach, na co wskazują co najmniej cztery spośród poniższych kryteriów:

  1. Uwagę jednostki w takim stopniu zaprzątają szczegóły, reguły, zestawienia, porządek, organizacja i plan czynności, że traci z pola widzenia główny cel działania.
  2. Wykazuje perfekcjonizm, który utrudnia dokończenie zadania (np. nie jest w stanie ukończyć projektu, ponieważ nie udaje się jej sprostać ustanowionym przez siebie wygórowanym wymaganiom).
  3. Jest tak bardzo oddana pracy i sprawom zawodowym, że rezygnuje ze wszystkich rozrywek i kontaktów towarzyskich (o ile nie da się tego uzasadnić oczywistą koniecznością ekonomiczną).
  4. Jest aż nadto sumienna, skrupulatna i nieugięta w kwestiach moralności, etyki czy wartości (o ile nie da się tego uzasadnić jej kulturowymi czy religijnymi przekonaniami).
  5. Nie jest w stanie pozbyć się zużytych lub bezwartościowych rzeczy, nawet wtedy, gdy nie mają dla niej żadnej wartości uczuciowej.
  6. Niechętnie powierza wykonywanie zadań innym lub współpracuje z innymi, jeżeli całkowicie nie podporządkują się jej stylowi pracy.
  7. Przejawia skąpstwo w wydatkach zarówno na siebie jak i na innych, uważa, że pieniądze należy zachować na czarną godzinę.
  8. Wykazuje sztywność i upór.

 

Nadmierna lękliwość u dzieci

Badania – nad lękiem u dzieci pokazują, że u części dzieci wraz z przeżywaniem niepokoju zauważą się też inne cechy, które później w życiu dorosłym można by przypisać do cech osobowości obsesyjno-kompulsyjnej. Dzieci te można opisać jako dojrzałe nad wiek, zamartwiające się, przedwcześnie dorosłe, bardzo odpowiedzialne. U takich dzieci często już w młodym wieku obserwuje się takie cechy jak „skłonność do perfekcjonizmu, obsesyjny brak wiary w siebie, nadmierny konformizm, nadmierna potrzeba aprobaty, nadmierna troska o własne kompetencje, nadmierne zaabsorbowanie tym, czy ich zachowanie jest odpowiednie, zbyt silna potrzeba wsparcia przez innych, dolegliwości somatyczne oraz wyraźne uczucie napięcia i niezdolność do doprężenia się”. Badacze szukając przyczyn takiego stanu rzeczy wskazują na nadmierną kontrolę rodziców. Dzieci wychowywane pod opieką takich rodziców są często krytykowane lub źle traktowane, przez co uczą się, że trzeba kontrolować swoje uczucia i myśli oraz koncentrować wszelkie wysiłki na spełnianiu rodzicielskich oczekiwań, aby uniknąć kary i niezadowolenia. Z zewnątrz wyglądają na grzeczne i spokojne, co cieszy dorosłych, często jest to jednak okupione emocjonalnym zamknięciem się w sobie, napięciem i brakiem pewności siebie. Z czasem zaś krytyczne rodzicielskie głosy internalizują się i stają wewnętrznym głosem napędzającym do nieustannego działania.

 

 

Millon, T., Davis, R. (2005). Zaburzenia osobowości we współczesnym świecie. Warszawa: IPZ.

 

Biologia szczęścia – czy szczęście mamy w genach?

Genetyczne uwarunkowanie szczęścia

Ścisły związek pomiędzy poczuciem szczęścia a poziomem i funkcjonowaniem takich neurotransmiterów jak dopamina, serotonina, wazopresyna oraz innych,  których ilość oraz funkcjonowanie jest regulowana przez geny, świadczy o genetycznym uwarunkowaniu niektórych aspektów dobrostanu. Niektóre badania dotyczące dobrostanu psychicznego pokazują, że poziom odczuwanego szczęścia wykazuje podobną stałość w czasie jak cechy temperamentu czy osobowości [Czapinski 2004]. Istnieją  badania ukazujące silną korelację pomiędzy takimi cechami temperamentu jak neurotyzm i ekstrawersja a poczuciem dobrostanu [Diener, Lucas 1999; Lucas, Fujita 2000]. Lyken [1999] stwierdza, że charakterystyczny dla człowieka potencjalny poziom szczęścia jest niemal w 100% uwarunkowany genetycznie, chociaż inne czynniki mogą sprawić, że nie funkcjonuje się w możliwym optimum. Wrodzony potencjał szczęścia nie jest więc tożsamy z realnie odczuwanym dobrostanem, który zależy nie tylko od genów, lecz również od cech środowiskowych sprzyjających bądź nie ekspresji genotypowej. Szczęście jest cechą uwarunkowaną poligenetycznie, której geny działają interakcyjnie. Oznacza to, że szczególna interakcja genów podzielana jest głównie przez bliźnięta jednojajowe. Poziom szczęścia rodziców nie przesądza o poziomie jego odczuwania u dzieci, jednakże istnieje większe prawdopodobieństwo dziedziczenia typowej dla krewnych konfiguracji genów. Większe jest uwarunkowanie genetyczne odpowiedzialne za odczuwanie emocji negatywnych niż pozytywnych, na emocje pozytywne w znacznie większej mierze odpowiadają czynniki środowiskowe [por. Seligman 2005].

pobrane

Uwarunkowania genetyczne odpowiadają głównie za przeciętny charakterystyczny dla jednostki poziom odczuwanego dobrostanu, który właśnie dzięki udziale biologicznych mechanizmów wykazuje dość znaczną stałość. Stabilność ta ma dla funkcjonowania człowieka zarówno pozytywny jak i negatywny aspekt. Ani wydarzenia negatywne ani pozytywne nie podnoszą ani nie obniżają stale odczuwanego poziomu szczęścia. Systematyczne badania nad osobami, które wygrały na loterii, wykazują, że osoby te powracają wraz z upływem czasu do swojego podstawowego poziomu dobrostanu [por Seligman 2005]. Awans w pracy traci wpływ na poziom szczęścia w czasie krótszym niż trzy miesiące. Oczywiście „termostat” szczęścia ma również swoje korzyści związane z niwelowaniem odczuwania emocji negatywnych związanych z niekorzystnymi wydarzeniami. Osiemdziesiąt cztery procent osób z porażeniem czterech kończyn uważa swoje życie za mieszczące się w granicach średniej bądź powyżej. Osoby, które nie mogą się poruszać, po kilku latach od zdarzenia, które wywołało paraliż kończyn dolnych, czują się średnio trochę mniej szczęśliwe od grup kontrolnych. Istnieją jednak takie wydarzenia, które u większości osób na stałe obniżają odczuwany poziom szczęścia. Związane są one z utratą bliskiej osoby, w szczególności w wypadku, z postępującą chorobą najbliższych oraz z permanentnym niezaspokojeniem potrzeb biologicznych. Omawiając biologiczne uwarunkowania dobrostanu należy wspomnieć o potrzebach ściśle biologicznych, których zaspokojenie jest nieodzowne dla odczuwania wysokiego poziomu jakości życia, dotyczących głodu, pragnienia, snu, stymulacji sensorycznej, bezpieczeństwa fizycznego [Trzebińska 2008]. Zaspokajanie tych potrzeb było i jest istotnym elementem selekcji naturalnej, a więc ewolucji. Istnieje spór, czy szczęście można określić jako cechę – wynikający zarówno z nieścisłości samego pojęcia jak i z niespójnych badań, które w różnym stopniu ukazują stałość szczęścia w czasie.

 

W następnym odcinku: szczęście a ewolucja

Opracowane na podstawie:
Marszał, M., Olesiński, P. (2009). Biologia szczęścia. Poznańskie Forum Kognitywistyczne. Teksty Pokonferencyjne. Nr 4.

Biologia szczęścia – neuroprzekaźniki

Neurochemia szczęścia
Niezależnie od definicyjnego ujęcia dobrego życia podkreśla się duże znaczenie pozytywnego afektu dla jakości życia. Seligman w swojej koncepcji szczęścia wymienia jego trzy postacie: pozytywne emocje, poczucie sensu i zaangażowanie. Pozytywny afekt nie tylko jest czynnikiem zapewniającym dobrostan, ale również jednym z jego wskaźników. Życie emocjonalne człowieka nie może być sprowadzane wyłącznie do procesów biologicznych, jednakże emocjonalne aspekty szczęścia powiązane z działaniem mózgowych systemów afektywnych. Wiedza na temat neurologicznego podłoża szczęścia pozwala rozumieć mechanizmy wzmacniania i torowania niektórych procesów psychicznych poprzez afekt pozytywny.

 

neurotransmitters

 

 

Obecnie znane są neuroprzekaźniki, które wpływają na zjawiska psychiczne oraz zachowania istotne dla osobistych i społecznych składowych jakości życia i uczestniczą w tych zjawiskach. Pierwszym z nich jest dopamina, zwana również hormonem szczęścia. Dopamina związana jest zarówno z plastycznością poznawczą, jak i z systemem nagrody, co świadczyć może o pozytywnym oddziaływaniu emocji dodatnich na szczegółową, otwartą na napływ informacji analizę sytuacji i możliwych skutków podejmowanych zachowań. Wydaje się, że system dopaminowy współgra w czołowych okolicach mózgu z procesami związanymi z myśleniem i pamięcią roboczą. Liczne badania ukazują wpływ emocji, w tym pozytywnych, na funkcjonowanie poznawcze. Seligman stwierdza, że „pozytywny nastrój wywołuje u nas zupełnie inny sposób myślenia niż nastrój negatywny”. Potwierdzeniem tej tezy może być ewolucyjny pryzmat patrzenia na dobrostan człowieka, który przedstawiony będzie w kolejnych wpisach. Zadaniom konwergencyjnym, wymagającym krytycznego i sceptycznego myślenia, sprzyja obniżony nastrój, zadaniom twórczym i dywergencyjnym zaś nastrój podwyższony. Prawdopodobnie sposób myślenia uaktywnianiany przez emocje o różnym afekcie odbywa się w innych częściach mózgu i charakteryzuje się różną neurochemią.

Innymi neuroprzekaźnikami wpływającymi na emocje pozytywne są kontrolująca emocje i nastrój serotonina oraz oksytocyna, zwana hormonem miłości, która uczestniczy w procesach związanych z reakcjami afiliacyjnymi i przywiązaniem do innych – reakcjami sprzyjającymi pozytywnym relacjom interpersonalnym będącym istotnym elementem wpływającym na odczuwanie szczęścia. Biologiczne dyspozycje związane z afiliacyjnością, ujawniające się już w okresie niemowlęcym, są coraz lepiej udokumentowane. Spośród nich wymienić można między innymi przywiązanie opiekuna, które koreluje na późniejszych etapach życia ze zdolnością do kochania i przyjmowania miłości.

W następnym odcinku: czy szczęście mamy w genach?

Opracowane na podstawie:
Marszał, M., Olesiński, P. (2009). Biologia szczęścia. Poznańskie Forum Kognitywistyczne. Teksty Pokonferencyjne. Nr 4.