Archive by Author | Tomasz Grabiec

Psychoterapia i (konstruktywne) rozczarowanie

Psychoterapia bywa postrzegana jako „cudowny środek”, metoda rozwiązywania różnorakich problemów. Myślę, że marzeniem wielu ludzi jest odnalezienie sposobu na uzyskanie szczęścia (co samo w sobie nie jest niczym złym, stanowi po prostu część naszej ludzkiej natury) i nierzadko zdarza się, że udział w terapii jest traktowany jako tenże sposób. Niestety, tego rodzaju perspektywa prowadzi w prostej linii do rozczarowania i – co za tym idzie – do zrezygnowania z terapii lub nawet zdewaluowania jej. Chciałbym przedstawić tutaj zatem najczęstsze „okazje” do doświadczania rozczarowania w procesie psychoterapeutycznym, co być może będzie pomocne w nieco lepszym przygotowaniu się na udział w tym procesie i przejściu przez to doświadczenie emocjonalne w konstruktywny sposób.

Proces rozczarowywania się nierzadko rozpoczyna się już na pierwszym spotkaniu. Zadaniem terapeuty jest wtedy ocena: na ile oczekiwania osoby zgłaszającej się na terapię są – na najbardziej ogólnym poziomie – możliwe do realizacji. Bywa, że nie są one do spełnienia; na przykład wtedy, gdy chodzi o znalezienie idealnego partnera życiowego lub gdy ktoś chciałby, żeby wszyscy go akceptowali i doceniali. Nie możemy, jako terapeuci, podsycać nadziei tam, gdzie wiedzie ona w ślepą uliczkę. Dlatego też od początku staramy się wskazywać na to, co jest realistyczne i na to, co realistyczne być nie może. Jakakolwiek inna postawa ze strony terapeuty byłaby, najprościej mówiąc, oszustwem. „Gmach wzniesiony na kłamstwie nie oprze się wichurze”.

Jeśli spojrzymy na proces psychoterapeutyczny z perspektywy medycznej, czyli jako proces leczenia (dotyczący głównie trudności emocjonalnych), to widoczne staje się, jak odmienne jest to leczenie od „typowego”, tzn. proponowanego przez lekarzy różnych specjalności. W tej typowej relacji lekarz-pacjent, ten drugi sprowadzony jest w zasadzie do roli osoby podporządkowanej, której głównym zadaniem jest wykonywać zalecenia lekarza – czyli „poddać się leczeniu”. Relacja terapeuta-pacjent jest bardziej relacją symetryczną, choć nadal nie jest nią do końca. Uznajemy za bardzo ważne kwestie gotowości i motywacji do WSPÓŁUCZESTNICZENIA w leczeniu. W tym sensie, leczenie bardziej staje się współpracą niż poddawaniem się woli autorytetu. I tutaj pojawia się miejsce na kolejne rozczarowanie: dla części Pacjentów wzięcie współodpowiedzialności za proces zdrowienia jest bardzo trudne. Woleliby pozostać bierni, w oczekiwaniu, aż specjalista zastosuje szereg tajemniczych i „cudownych” zabiegów, które przyniosą upragnioną równowagę emocjonalną. Niestety, od dawna już wiemy, że to tak nie działa. Uczestniczenie w psychoterapii, to uczestniczenie w specyficznej formie współpracy, w której zaangażowanie i wola działania, odgrywają kluczową rolę. Ponownie, nie dla każdego jest to perspektywa do przyjęcia.

Potrzeba zależności współwystępuje z pragnieniem uzyskania odpowiedzi na najważniejsze dylematy i życiowe Wielkie Pytania (Kim jestem? Dokąd zmierzam? Co jest dla mnie dobre? Co powinienem zrobić?). Pytania te bywają kierowane do terapeuty, który, niestety, nie zna – i nie może znać – na nie odpowiedzi. Zamiast tego, stara się pomóc w samodzielnym ich odnalezieniu lub w przeformułowaniu pytań na takie, które będą bardziej precyzyjne. W tym sensie, psychoterapeuta nie jest specjalistą od odnajdywania właściwych odpowiedzi, a raczej specjalistą od zadawania właściwych pytań.

Kolejne etapy terapii przynoszą rozczarowanie innej natury. Okazuje się, że praca nad realistycznym celem związana jest z ceną, którą trzeba ponieść. Aby zyskać coś nowego, nierzadko trzeba z czegoś innego zrezygnować. Na przykład, można zyskać poczucie większej stabilności emocjonalnej, ale kosztem zmniejszenia ilości godzin pracy/wyeliminowania ze swojego życia alkoholu/odpuszczenia nawiązywania relacji z agresywnymi, choć interesującymi przez to mężczyznami, i tak dalej. Podjęcie tego rodzaju decyzji stanowi ogromne wyzwanie i bywa, że niektóre osoby wolą pozostać przy starych wzorach zachowania niż wprowadzać konkretną zmianę do swojego życia. Wybór zawsze pozostaje po stronie Pacjenta.

Ostateczne rozczarowanie zawsze jest związane z faktem, że terapia kiedyś się kończy. Marzenie o posiadaniu przy sobie człowieka, który gotowy jest wysłuchać i pomagać (w specyficzny sposób, ale to zawsze coś) jest dosyć powszechne. Najczęściej jest ono, przynajmniej częściowo, realizowane przez posiadanie przyjaciół, rodziny. Ale jeśli obszar relacji z ludźmi jest obszarem deficytowym (zaniedbanym, niezrealizowanym), to kontakt z terapeutą może w pewien sposób wypełnić tę niszę. W toku terapii konieczne jest, by obszar relacji z ludźmi został w jakiś sposób konstruktywnie zagospodarowany, ale to wymaga (jak już wspomniałem wyżej) pracy oraz gotowości do wzajemności. Terapeuta może być traktowany jako opcja „łatwiejsza”, bo dostępna regularnie i opłacana. Często zdarza się też, że Pacjent przywiązuje się do terapeuty, zaczyna go lubić lub obdarzać innymi pozytywnymi uczuciami (co traktujemy jako ważny i na ogół sprzyjający element terapii, zwłaszcza, że sami nie jesteśmy tego rodzaju uczuć pozbawieni i również obdarzamy naszych Pacjentów sympatią, interesujemy się nimi i ich los nie jest nam obojętny – emocjonalnie zbliżamy się do nich). Niemniej, ważnym krokiem z naszej (terapeutów) strony jest przygotowywanie Pacjentów na ograniczoność w czasie procesu terapeutycznego. Naczelną zasadą pracy terapeutycznej jest bowiem doprowadzenie do takiego momentu, by Pacjent uzyskał samodzielność (na tyle, na ile to możliwe) w radzeniu sobie z własnymi trudnościami emocjonalnymi. To jest większa wartość niż pozostawanie w permanentnej relacji terapeutycznej.

Warto przy tym wspomnieć o kwestii osiągniętych efektów terapii. Często nie oznaczają one wyeliminowania starych problemów, usunięcia traumatycznych wspomnień lub pozbawienia siebie kontaktu ze smutkiem bądź lękiem. Za pozytywny efekt terapii uznajemy rozwinięcie przez Pacjenta umiejętności osiągania równowagi emocjonalnej, czy też umiejętności lepszego zarządzania swoim własnym życiem – niezależnie od tego, jakie ono będzie. Nieprzyjemne stany emocjonalne, wyzwania, dylematy, kryzysy – to nieodłączne elementy egzystencji i nie możemy tego zmienić. Możemy natomiast nauczyć się lepiej do nich przystosowywać, konstruktywnie się adaptować.

Stare porzekadło mówi: „Coś jest lepsze niż nic”. Z powodzeniem można to odnieść do procesu psychoterapeutycznego, gdzie część wyidealizowanych oczekiwań zostaje sfrustrowana, ale te bardziej realistyczne mają szansę na urzeczywistnienie. Często sama idealizacja jest częścią emocjonalnych problemów, z którymi borykają się Pacjenci, dlatego też zrezygnowanie z niej – choć bolesne – pozwala na lepszy kontakt z rzeczywistością i na zaspokajanie swoich potrzeb w większym zakresie, niż miało to miejsce wcześniej. Podsumowując, nie można mieć wszystkiego, ale można mieć więcej, niż kiedykolwiek.

Być może powyższy wywód ma nieco pesymistyczny wydźwięk; można jednak na to spojrzeć inaczej. Proces psychoterapeutyczny, choć długotrwały i trudny, ostatecznie może być niezbędny w dokonaniu ważnej zmiany życiowej. Jeśli zatem możemy w odniesieniu do terapii mówić o jakimkolwiek cudzie, to będzie nim (jak pisał Stephen Johnson) „cud ciężkiej pracy”. Konstruktywne radzenie sobie z frustracją i rozczarowaniem stanowi bardzo ważną część tej pracy. Ostatecznie, dochodzimy do tego, że mało co przynosi tak wielką satysfakcję, jak osiągnięty, realistyczny cel oraz świadomość, że drogę do niego zbudowało się własnymi rękoma.

 

Tomasz Grabiec

 

Garść przydatnych informacji na temat terapii par

Ostatnimi czasy można zaobserwować wzrost zainteresowania pomocą psychologiczną dla osób przeżywających trudności w relacji ze swoimi partnerami życiowymi. Pomoc ta najczęściej przybiera formę terapii par (czasem można spotkać się również z terminem terapia rodzinna, ale jest to pojęcie szersze – terapia ta obejmuje zwykle większą ilość członków rodziny, w tym dzieci). Terapia par (małżeńska, jeśli mówimy o sformalizowanym związku), to wspólne spotkania pary z terapeutą (czasem parą terapeutów), celem których jest uczynienie relacji bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów. Jest to, oczywiście, cel ogólny; każda para boryka się zwykle ze specyficznymi trudnościami, a więc i konkretne cele współpracy z terapeutą są ustalane indywidualnie z parą.

  • W jakich sytuacjach terapia par jest pomocna?

Tego rodzaju terapia nie jest, niestety, remedium na wszystkie problemy związkowe. Terapeuta może być pomocny dla pary w sytuacji, kiedy:
– partnerzy doświadczają trudności komunikacyjnych – nie potrafią dojść do porozumienia, sprzeczają się, nie są w stanie z sobą współpracować;
– partnerzy są rozczarowani związkiem – czują, że ich oczekiwania nie zostały zaspokojone;
– partnerzy doświadczają wobec siebie urazy z powodu jakiegoś ważnego wydarzenia w historii związku;
– związek przeżywa kryzys zdrady/niewierności;
– partnerzy doświadczają trudności w sferze seksualnej.

  • Jakie warunki sprzyjają sukcesowi w terapii par?

Koniecznym warunkiem udanej współpracy jest nie tylko określenie odpowiedniego typu problemu. Ogromnie istotne jest to, by oboje partnerzy chcieli uczestniczyć w terapii i rzeczywiście mieli motywację do pracy nad swoim związkiem. Dobrym źródłem takiej motywacji są pozytywne uczucia, którymi partnerzy, mimo problemów, nadal siebie obdarzają. Żaden najlepszy terapeuta nie będzie w stanie pomóc, jeśli choć jedna z osób w związku nie kocha już swojego partnera/partnerki lub czuje do niego/niej przede wszystkim nienawiść . Niestety, w takiej sytuacji praca nad związkiem nie daje po prostu rezultatów.
Motywacja jest tak bardzo istotna, gdyż terapia par jest trudnym wyzwaniem dla obojga partnerów. Obowiązuje tutaj bowiem ważna zasada: „Jeśli chcesz coś dostać od swojego partnera/partnerki, musisz najpierw nauczyć się coś jemu/jej dawać”. W sytuacji, gdy ktoś nie czuje się na to gotowy lub z jakichś powodów nie chce tego robić, to terapia zakończy się niepowodzeniem i rozczarowaniem. (Dodatkowym problemem jest to, że nie każdy potrafi dobrze zidentyfikować jaki jest poziom jego motywacji. Czasem dzieje się to dopiero na spotkaniach terapeutycznych, po lepszym rozpoznaniu oczekiwań partnerów względem siebie).
Jeśli zatem partnerzy nadal czują do siebie pozytywne uczucia i w ich imię są gotowi na pracę na rzecz relacji i na związane z nią pewne wyrzeczenia, to terapia par może być bardzo pomocna, a rokowania są pozytywne (spotkania zamykają się zwykle w okresie 3-6 miesięcy regularnych cotygodniowych sesji). Czynnikiem sprzyjającym jest również w miarę wczesne zgłoszenie się do terapeuty. Związki, które mają za sobą wieloletnią historię sytuacji kryzysowych, osiągają na tyle wysoki poziom frustracji, że potrzebna jest wtedy większa ilość spotkań terapeutycznych. Innymi słowy, w takiej sytuacji konieczne jest uzbrojenie się w cierpliwość – pracy do wykonania jest więcej, a efekty mogą pojawiać się dopiero po pewnym czasie.

  • Jeśli nie terapia par, to co?

Warto wspomnieć, że obok terapii par istnieją inne formy pomocy psychologicznej, które mogą być bardziej pomocne przy pewnych określonych typach problemów relacyjnych:
– Mediacje – stosowane zwykle w sytuacji bardzo głębokiego poziomu konfliktu w związku, gdy dominuje postawa niechęci wobec siebie, a jednocześnie sytuacja rodzinna wymaga ustalenia jakichś form współpracy (np. kwestia opieki nad dzieckiem).
– Terapia indywidualna – stosowana, jeśli w związku dochodzi do sytuacji skrajnej nierównowagi. Z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy jeden z partnerów: (1) stosuje wobec drugiego przemoc (psychiczną, fizyczną, ekonomiczną), (2) doświadcza poważnych problemów osobistych (np. choroba psychiczna), (3) cierpi na uzależnienie (od alkoholu, narkotyków, itp.). Terapią indywidualną obejmuje się wtedy zwykle oboje partnerów osobno, przy czym terapia każdego z nich koncentruje się na jego indywidualnym problemie. Np. w sytuacji przemocy osobno prowadzi się terapię dla sprawcy (cel: kontrola zachowania agresywnego) i ofiary (cel: rozwój umiejętności chronienia siebie). Terapia indywidualna może być przydatna także wtedy, gdy jeden z partnerów po prostu nie chce uczestniczyć we wspólnych spotkaniach.

Portret psychologiczny ofiary przemocy

„Ofiara przemocy” albo „osoba doznająca przemocy” to osoba znajdującą się w sytuacji kryzysu spowodowanej krzywdzeniem (fizycznym, psychicznym, emocjonalnym, ekonomicznym) i zaniedbaniem ze strony drugiego człowieka (definicja wg Instytutu Psychologii Zdrowia PTP oraz Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie). Liczne dane statystyczne pokazują, że ofiarami przemocy są głównie kobiety. Organizacja Amnesty International podaje, że „codziennie jedna na pięć kobiet w Europie staje się ofiarą przemocy. (…) Rada Europy ocenia, że około 25% kobiet doświadczyło przemocy fizycznej, a 10% doznało przemocy seksualnej z użyciem siły. W większości przypadków sprawcą była osoba z najbliższego otoczenia ofiary, najczęściej jej partner lub były partner”. W Polsce w 2013 roku policja zarejestrowała 58.310 kobiet i 9.233 mężczyzn jako ofiary przemocy, chociaż szacuje się, że takich ofiar jest znacznie więcej – zdecydowana większość osób doświadczających przemocy w rodzinie nie zgłasza bowiem nigdzie tego faktu.

Ofiary przemocy, chociaż są różnymi ludźmi i doświadczają różnych form przemocy, zwykle można scharakteryzować w następujący sposób (za: Burl E. Gilliland, Richard K. James):
1. Mają niskie poczucie własnej wartości.
2. Odczuwają brak kontroli nad własnym życiem; nie wierzą, że ich sytuacja może się zmienić.
3. Mają za sobą historię doświadczeń bycia maltretowanym w dzieciństwie lub były świadkami maltretowania.
4. Przeżywają silny lęk i wstyd.
5. Są pozbawione zasobów osobowościowych, finansowych lub edukacyjnych pozwalających na wyrwanie się z niekorzystnej sytuacji.
6. Są zależne od swoich partnerów, nie wyobrażają sobie samodzielnego życia.
7. Mają wyidealizowany obraz związku; minimalizują negatywne aspekty związku.
8. Mają trudności w komunikowaniu się, zwłaszcza w zakresie upominania się o swoje prawa.

Z perspektywy psychologicznej najbardziej istotne wydaje się być pytanie: co sprawia, że osoba, która jest systematycznie poniżana i/lub maltretowana stara się w tym wytrzymywać i nie podejmuje aktywności zorientowanej na poprawę swojej sytuacji? Tutaj ponownie z pomocą przychodzi teoria schematów psychicznych. Zgodnie z nią, ważne i często traumatyczne przeżycia z okresu dziecięcego zapisują się w umyśle i przyjmują postać schematu, czyli (1) tendencji do określonego sposobu myślenia o sobie i o świecie, (2) tendencji do określonego reagowania w pewnych typach sytuacji, (3) tendencji do reagowania określonymi emocjami lub do unikania kontaktu z określonymi emocjami. Jak już zauważono powyżej, ofiary przemocy często mają w swoim doświadczeniu traumatyczne przeżycia – zwykle w relacji z własnymi rodzicami w okresie dzieciństwa. Ich podstawowe dziecięce potrzeby – bezpieczeństwa, autonomii, wolności, spontaniczności, posiadania granic – nie zostały przez rodziców lub rodzica zaspokojone. Rodzaj, dotkliwość i częstotliwość negatywnych doświadczeń wpływa na wykształcenie się jednego lub kilku schematów, np. (za: Jeffrey E. Young):
– schemat wadliwości: osoba pod wpływem tego schematu ma poczucie, że jest niepełnowartościowa, zła, gorsza od innych; przeżywa często wstyd i lęk;
– schemat nieufności/skrzywdzenia: osoba pod wpływem tego schematu spodziewa się, że inni będą ją ranić, krzywdzić i wykorzystywać; przeżywa często w związku z tym rozpacz, czuje się bezsilna;
– schemat podporządkowania się: osoba pod wpływem tego schematu poddaje się kontroli innych, aby uniknąć gniewu lub porzucenia; tłumi swoje własne potrzeby oraz emocje, głównie gniew;
– schemat zahamowania emocjonalnego: osoba pod wpływem tego schematu przesadnie hamuje doświadczanie uczuć w celu uniknięcia dezaprobaty innych.

W przypadku ofiar przemocy najbardziej istotnym elementem schematu jest przekonanie o własnej ułomności, beznadziejności oraz o tym, że świat jest zagrażający i niesprawiedliwy. Na poziomie emocjonalnym pojawia się bardzo silny lęk i wstyd oraz tłumienie gniewu. Na poziomie zachowania występuje skłonność do wchodzenia w relacje z osobami, które są krzywdzące i do przyzwalania na złe traktowanie.

Wszystkie te elementy najczęściej są nieświadome i bardzo silne. Człowiek pod kontrolą schematu nie dopuszcza innych możliwości interpretowania rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej poza przekonaniami podsuwanymi przez schemat; jego myślenie jest zatem sztywne i zawężone. Przeżywanie silnego lęku paraliżuje go, a odcięcie od emocji gniewu powoduje, że nie ma energii do działania i do zmiany swojego położenia; czuje się przeważnie bezradny. Powtarzanie tego samego zachowania (czyli np. uporczywe trzymanie się nieskutecznych metod radzenia sobie ze sprawcą przemocy) utwierdza go w schematycznych przekonaniach i pozbawia go możliwości sprawdzania się w innych sytuacjach życiowych; innymi słowy, brakuje warunków do uczenia się nowych zachowań.

Podsumowując, życie pod wpływem schematu nie jest kwestią wyboru – to bardziej przypomina życie w więzieniu, którego ścian i krat się nie dostrzega.

I to jest właśnie największy dramat ofiar przemocy: nierzadko uwalniając się z domu rodzinnego pełnego przemocy i złego traktowania i szukając nowego, szczęśliwego życia, trafiają na kolejnego człowieka, który okazuje się być sprawcą przemocy… Nie potrafią funkcjonować w zdrowych relacjach, chociaż bardzo o tym marzą; schemat jest zbyt silny. Dopiero silny kryzys życiowy lub udział w psychoterapii mogą spowodować, że stwarza się okazja do wyjścia spod wpływu schematu i poszukania lepszej, zdrowszej drogi życiowej – ale tym razem już naprawdę.

 

Tomasz Grabiec

Portret psychologiczny sprawcy przemocy

Przemoc, jak mówi definicja, to „intencjonalne działanie lub zaniechanie działania jednej osoby wobec drugiej, które wykorzystując przewagę sił narusza prawa i dobra osobiste jednostki, powodując cierpienia i szkody” (za: http://www.niebieskalinia.pl). Innymi słowy, „sprawcą przemocy” nazwiemy osobę która:
a. Jest silniejsza fizycznie, psychicznie, materialnie, zawodowo lub społecznie;
b. Wykorzystuję tę przewagę dla zaspokojenia swoich własnych potrzeb;
c. Nie zważa na koszty, które ponosi w związku z tym druga osoba, czyli „ofiara przemocy”.

Richard K. James oraz Burl E. Gilliland na podstawie analizy badań nad sprawcami przemocy skonstruowali listę charakterystycznych cech tego rodzaju osób:
1. Najczęściej są to mężczyźni, którzy wykazują nadmierną zależność i zaborczość wobec swoich partnerek, maja wobec nich także nierealistyczne oczekiwania;
2. Reagują przede wszystkim emocją gniewu i maja niską zdolność komunikowania się w obszarze spraw uczuciowych.
3. Są impulsywni, maja małą zdolność do kontrolowania swojego zachowania;
4. Często nadużywają alkoholu i/lub narkotyków;
5. Często sami byli ofiarami maltretowania w dzieciństwie lub byli świadkami takiego maltretowania w rodzinie;
6. Zaprzeczają stwarzanym przez siebie problemom w rodzinie lub minimalizują je;
7. Oscylują między agresywnością (kiedy nie dostają tego, czego chcą), a wdziękiem lub uwodzicielstwem (kiedy osiągają swoje cele).

Istnieje wiele teorii wyjaśniających zjawisko sprawstwa przemocowego. Część z nich upatruje przyczyn w warunkach kulturowych i społecznych (np. teoria feministyczna, która zwraca uwagę na znaczną przewagę mężczyzn w grupie sprawców przemocy i tłumaczy to patriarchalną strukturą społeczeństwa, w której pozycja kobiety jest pozycją podporządkowaną), a inna część – w zjawiskach psychologicznych (np. teoria uczenia się zgodnie z którą uczymy się określonego rodzaju zachowania w dzieciństwie poprzez obserwowanie zachowania dorosłych).

Dużą część wszystkich teorii łączy jednak podkreślanie potrzeby kontroli jako czynnika prowadzącego do stosowania różnego rodzaju form przemocy. Ujmując rzecz najprościej, sprawca przemocy bardzo mocno dąży do tego, żeby było tak, jak on uważa za stosowne. Oczekuje od innych podporządkowania, a jeśli nie dostaje go, to sięga po metody, które mają przywrócić u ofiary pozycję uległą. Wśród tych metod „najskuteczniejszą” jest przemoc fizyczna lub psychiczna. Ta potrzeba dominacji i kontroli wynika jednak z czegoś więcej – z czegoś, co najczęściej jest nieświadome. Chodzi tutaj o głęboko przeżywany i głęboko skrywany lęk przed byciem ofiarą. Jak wspomniano wyżej, sprawcy przemocy sami najczęściej byli ofiarami przemocy w dzieciństwie lub byli świadkami jak w rodzinie jedna z bliskich osób znęcą się nad drugą. Taki rodzaj doświadczeń mocno zapisuje się w mózgu człowieka i nie pozostaje bez wpływu na dalsze życie. Ważne jest jednak to, jak te doświadczenia się zapiszą, czyli (1) jaka będzie ich dziecięca interpretacja na poziomie umysłowym, (2) jaka emocja będzie im współtowarzyszyć, (3) jaki wzór reagowania wyda się najbardziej odpowiedni.

W przypadku sprawców przemocy, interpretacja doświadczeń przemocowych z dzieciństwa (w uproszczeniu) zamyka się w przekonaniu: „Bycie ofiarę boli. Jeśli nie chcę, żeby bolało, muszę dominować, być silny”. Na poziomie emocjonalnym ból, lęk i rozpacz zostają zamienione na gniew skierowany na innych. Wzorem reagowania staję się natomiast przyjmowanie pozycji dominującej.

Nie zawsze dzieje się dokładnie tak, jak opisano wyżej. U części ofiar przemocy w dzieciństwie sposób zapisu przebiega inaczej. Skrajnie odmiennym sposobem jest ten, który skutkuje w życiu dorosłym przyjmowaniem roli ofiary przemocy. Ale o tym napiszę w kolejnej części artykułu.

Tomasz Grabiec

 

Kilka zasad dobrego związku

Dość często zdarza się, że pary przeżywające różnego rodzaju emocjonalne problemy, to pary niesymetryczne. Pojęcie to oznacza przewagę jednego z partnerów nad drugim w jakimś obszarze lub w ogóle w relacji. Osoba na pozycji „wyższej” odmawia partnerowi pewnych praw obsadzając jego/ją tym samym na pozycji „niższej”. Nierzadko wspomniane pozycje są wymieniane – raz jedna osoba jest wyżej, raz druga. Układ taki może trwać nawet długi czas przyczyniając się z jednej strony do zaspokojenia pewnych potrzeb u obojga, a z drugiej – do cierpienia. To, co pomaga wyjść z takiego schematu relacyjnego, to nazwanie i uznanie przez oboje partnerów praw im przynależących.

Jakie to są prawa? Wymieniono je poniżej. Nie jest to zapewne lista wyczerpująca, a raczej kilka najważniejszych kwestii dotyczących emocjonalności, odrębności, i współzależności. Do poczytania, najlepiej razem 🙂

Poniższe zestawienie pochodzi z książki pt. „Złość, alkoholizm i inne uzależnienia” (Ronald T. Potter-Efron i Patricia F. Potter-Efron; wyd.: Instytut Psychologii Zdrowia PTP, Warszawa, 1994).

1. Mój partner/moja partnerka ma prawo czuć się dobrze, mimo, że ja mam problemy. To, że ja czuję się nieszczęśliwy/a nie oznacza, że moja partnerka/mój partner też ma się tak czuć. I nie musi wciąż skupiać się na załatwianiu moich spraw.

Mam prawo czuć się dobrze mimo tego, że mój partner/moja partnerka ma problemy. Troszczę się o dobre samopoczucie mojego partnera/mojej partnerki, ale nie jestem zobowiązany/a, by załatwiać jej/jego sprawy, czy czuć się źle tylko dlatego, że ona/on tak się czuje.

2. Mój partner/moja partnerka ma prawo do okazywania uczuć i dzielenia się swoim cierpieniem. Nie muszę tego brać do siebie i czuć się winny/a czy odpowiedzialny/a.

Mam prawo do okazywania uczuć i dzielenia się swoim cierpieniem. Będę to robić oględnie, z szacunkiem dla uczuć mojego partnera/mojej partnerki, a on/ona nie musi tego brać do siebie i czuć się winny/a czy odpowiedzialny/a. 

3. Mój partner/moja partnerka ma prawo coś lubić lub czegoś nie lubić i nie musi zawsze potakiwać mi lub czuć się gorszą/ym. Może mieć swoje własne zdanie, bez względu na to, czy jest ono takie samo jak moje, czy nie.

Mam prawo czegoś nie lubić i nie muszę zawsze potakiwać mojemu partnerowi/mojej partnerce lub czuć się gorszą/ym. Mogę mieć swoje własne zdanie, nawet jeśli mój partner/moja partnerka ma inne.

4. Mój partner/moja partnerka ma prawo do rozwijania swoich zainteresowań. Negocjacje na temat spędzania czasu i pieniędzy mogą okazać się niezbędne.

Mam prawo do rozwijania swoich zainteresowań. Może będziemy musieli prowadzić ze sobą negocjacje na temat spędzania czasu i pieniędzy.

5. Mój partner/moja partnerka ma prawo do bycia sobą i nie musi zmieniać się, by mnie zadowolić. To oznacza też, że ma prawo dążyć do swoich celów na własny sposób i nie zostanie za to potraktowany/a lekceważąco. Potrafię nauczyć się tolerować i doceniać istniejące między nami różnice, zamiast zmuszania partnera/partnerki do przyjmowania mojego sposobu myślenia, działania i życia.

Mam prawo do bycia sobą i nie muszę zmieniać się, by zadowolić moją partnerkę/mojego partnera. To oznacza również, że mam prawo dążyć do swoich celów na własny sposób i nie zostanę za to potraktowany lekceważąco. Mój partner/moja partnerka potrafi nauczyć się tolerować i doceniać istniejące między nami różnice, zamiast zmuszania mnie do przyjmowania jego/jej sposobu myślenia, działania i życia.

6. Mój partner/moja partnerka ma prawo powiedzieć „nie”, jeśli coś narusza jego/jej system wartości, potrzeby oraz prawa jako osoby. Jeśli nie będę się z tym zgadzać, użyję zasad uczciwego sporu i będę szczerze okazywał/a swoje uczucia. Nie będę uciekać się do stosowania siły, manipulacji, nacisków, by wszystko poszło po mojej myśli. Wiem, że rozwiązanie trudnych spraw wymaga czasu.

Mam prawo powiedzieć „nie”, jeśli coś narusza mój system wartości, potrzeby oraz prawa jako osoby. Jeśli mój partner/moja partnerka nie będziemy zgadzali się w tej kwestii, mam prawo być traktowany/a uczciwie i z szacunkiem i zapewnić sobie odpowiednią ilość czasu, by w spornych sprawach dojść z partnerem/partnerką do porozumienia.

7. Mój partner/moja partnerka ma prawo być tylko człowiekiem i czasem popełniać błędy. Jego/jej błędy pomagają mi dostrzec, że oboje jesteśmy tylko ludźmi i że ja też czasem się mylę. Zrobię co tylko będę mógł/mogła, by nie roztrząsać jego/jej pomyłek.

Mam prawo być tylko człowiekiem i popełniać błędy. Nie muszę być doskonały/a, by mnie kochano.

8. Mój partner/moja partnerka ma prawo do tego, by traktowana go/ją z szacunkiem. Nie zasługuje na to, by ktoś na nią/niego krzyczał, obrzucał wyzwiskami, lekceważył i krytykował. Jeśli ja poczuję się lekceważony, nie odpowiem tym samym, ale przyjrzę się swojemu zachowaniu. Dopiero kiedy będę zupełnie pewny/a, że nie traktuję swego partnera/partnerki lekceważąco (werbalnie lub niewerbalnie), z całym szacunkiem wystąpię przeciwko zachowaniom, które mnie poniżają.

Mam prawo do tego, by mnie szanowano. Nie zasługuję na to, by na mnie krzyczano, wyzywano, okazywano mi lekceważenie i brak szacunku. Mam prawo nie tolerować tego, że mój partner/moja partnerka nie traktuje mnie na co dzień z szacunkiem.

9. Mój partner/moja partnerka ma prawo być wysłuchany/a i potraktowany/a poważnie. Nie będę bagatelizować tego, co ma do powiedzenia nie przestanę słuchać w trakcie rozmowy. Nie będę przerywać, ani zastanawiać się w trakcie co odpowiedzieć, by pokazać, że mam rację. W razie potrzeby zrobię sobie przerwę, ale nie zignoruję mojego partnera/mojej partnerki.

Mam prawo do tego, by mnie wysłuchano i potraktowano poważnie. Jednak nie będę oczekiwać, że mój partner/moja partnerka będzie kimś doskonałym. Jeśli poczuję, że nie wysłuchano mnie, znajdę odpowiednią chwilę, w której z całym szacunkiem, bez atakowania rozmówcy, przedstawię swój punkt widzenia.

10. Mój partner/moja partnerka ma niezbywalne prawo, by czuć się kimś wartościowym i godnym zachodu. Nie będę lekceważyć tego, kim jest i będę doceniać jego/jej mocne strony. Znajdę czas na to, by pochwalić mojego partnera/moją partnerkę nie psując przy tym pochwał krytyką.

Mam niezbywalne prawo, by czuć się kimś wartościowym i godnym zachodu. Nie będę lekceważyć tego, kim jestem, ale będę doceniać swoje mocne strony, a nie oczekiwać tego od mojego partnera/mojej partnerki. Znajdę czas, by chwalić siebie, nie psując tych pochwał krytycyzmem.

      

Niska samoocena a bycie w związku

Kasia w swoim cyklu „Jak kochają neurotycy” opisywała związki osób lękowych oraz występujące w nich najczęściej problemy. Jedną z wielu trudności, z którą borykają się osoby tego rodzaju jest niska samoocena. To szerokie pojęcie; przez niską samoocenę rozumiem tutaj splot wzajemnie powiązanych:

  • myśli krytycznych na swój własny temat,
  • wyobrażeń dotyczących własnej porażki,
  • emocji lęku oraz wstydu,
  • wzorców zachowania polegających na wycofywaniu się z trudnych sytuacji.

Osoby z niską samooceną starają się ukryć swoją słabość i dokładają wielu starań, by uchodzić za jednostki silne. Jednocześnie bardzo chcą wejść w związek z kimś, kto mógłby zaopiekować się nimi; rozpaczliwie potrzebują kogoś, od kogo mogą „pożyczyć” trochę siły. Bardzo często jednak zdarza się, że taki obiekt westchnień… sam jest neurotykiem. On również ma niską samoocenę i stara się uchodzić za silnego. W ten właśnie sposób ludzie zauraczają się swoimi własnymi maskami, nie zauważając na poziomie świadomym, że oboje są tak samo lękowi, niepewni i nieufni oraz nastawieni na „branie”, a nieumiejący tak naprawdę „dawać”.

Jak taka relacja rozwija się dalej? Można się domyślić, że prędzej czy później pojawi się rozczarowanie. Partnerzy odkryją, że nie są wcale tacy silni oraz, że pod wieloma względami różnią się między sobą. To z kolei budzi kolejne lęki – tym razem przed rozstaniem. Wobec tego partnerzy decydują się przyjąć strategię: „Muszę zadowolić ją/jego. Dzięki temu mogę być akceptowany/a. Nie mogę dać po sobie poznać, że jestem niczym, by nie zostać odrzuconym.”. Innymi słowy, między dwojgiem ludzi powstaje niepisany pakt wzajemnej zależności.

W ten oto sposób dwie osoby dążą do „zlania się ze sobą”. Wszelka odmienność (naturalna przecież!) nie jest mile widziana. W związku z tym partnerzy decydują się maskować  swoje potrzeby, prośby, różnice. Komunikacja między nimi zostaje zaburzona, autentyczność jest zawoalowana w imię bycia razem. To spora cena.

Jak to wygląda w rzeczywistości? Terapeutka Virginia Satir, w jednej ze swoich prac podaje zestawienie różnic w komunikacji między parą neurotyczną a „funkcjonalną” (nie-neurotyczną) na przykładzie banalnej sytuacji: dwie osoby (On i Ona) chcą wyjść razem coś zjeść. On woli zjeść hamburgera, Ona – kurczaka. Jak ten dylemat rozwiązują pary neurotyczne? Na przykład:

  • jedna osoba może podporządkować się drugiej i cierpieć skrycie z tego powodu;
  • mogą odłożyć podjęcie decyzji (strategia ucieczki) i nie zrobić nic;
  • mogą zwodzić się: „I to i to jest jedzeniem, chodźmy więc na kurczaka”;
  • mogą podważać stanowisko drugiej osoby: „Tak naprawdę to wiem, że nie lubisz kurczaka”;
  • mogą oskarżyć się lub ocenić: „ Nigdy nie robisz tego, co chcę. A ja dla ciebie robię wszystko!”

We wszystkich tych przykładach widoczny jest wspólny mianownik – założenie pt. „Jeśli mnie naprawdę kochasz, zrobisz to co, chcę”. Inne założenia w tego rodzaju związkach, to: „Powinniśmy myśleć tak samo o wszystkim”, „Powinniśmy czuć się tak samo i pragnąć tego samego”. Oczywiście, na dłuższą metę prowadzi to do kolejnych rozczarowań i frustracji.

Dla odmiany – przykłady na to, jak ten sam konflikt można rozwiązywać w bardziej zdrowy sposób:

  • można poprosić wprost: „Proszę, chodźmy na hamburgera”;
  • można zaproponować decydowanie na zmianę: „OK, teraz chodźmy na kurczaka, ale następnym razem idziemy na hamburgera”;
  • można poszukać rozwiązania satysfakcjonującego oboje: „Poszukajmy restauracji w której podają i hamburgery i kurczaki”;
  • można poszukać okoliczności, które na ten moment są ważniejsze niż własne pragnienia: „Restauracja z hamburgerami jest bliżej, a skoro trochę się spieszymy, chodźmy tam”;
  • można pogodzić swoje upodobania z pragnieniem bycia razem: „Rozdzielmy się zatem – ty idziesz na kurczaka, ja na hamburgera i spotkamy się za godzinę”.

Takie strategie wymagają jednak dobrej samooceny, braku przymusu zależności, umiejętności otwartej komunikacji, tolerancji dla odmienności potrzeb drugiej osoby. Na szczęście, można tego wszystkiego się nauczyć, na przykład na terapii 🙂

…Albo podczas zajęć na grupie psychoedukacyjno-rozwojowej „Miłośnik psychologiczny”. Zapraszamy, szczegóły w linku poniżej.

http://www.blizej.com.pl/psychoedukacja.html

ZAPRASZAMY!

Tomek Grabiec

engaged couple holding on hands - view from backside

O relacji między terapeutą a pacjentem (plus epizod z Yalomem)

Badania nad efektywnością psychoterapii pokazują, że za efekty terapii w 30% odpowiada tzw. relacja terapeutyczna (Duncan, B.L., Miller, S.D., Wampold, D.E., Hubble, M.A. – The Heart and Soul of Change: Delivering What Works in Psychotherapy). Relacja ta, to specyficzny rodzaj więzi pomiędzy osobą szukającą pomocy, a osobą pomocy udzielającej. Im lepsza jakość tej relacji, tym lepsze środowisko współpracy terapeuty z pacjentem oraz lepsze efekty.

Zarówno terapeuta, jak i pacjent mają wpływ na to, jaka relacja wytworzy się między nimi. Wydaje się , że kluczowe dla dobrej relacji są umiejętności interpersonalne terapeuty (zdolność do empatii, życzliwość, autentyczność, szacunek) oraz – po stronie pacjenta – minimalna gotowość do podjęcia wysiłku na rzecz zmiany i do obdarzenia zaufaniem terapeuty.

Jak w praktyce wygląda wykorzystanie relacji terapeutycznej na sesji pokazuje poniższy film. Jest to krótki wywiad z jednym z najwybitniejszych współczesnych terapeutów – Irvinem Yalomem. Opowiada on o swoim pacjencie, który z jednej strony twierdził, że na terapii WSZYSTKO mu odpowiada i pasuje, a z drugiej strony – zapominał o płaceniu za sesje. Yalom zainicjował zatem rozmowę na temat tego, co NAPRAWDĘ może się dziać między nim a pacjentem. Zasugerował, że jest w pacjencie taka część, której coś na terapii się nie podoba i która wyraża to w formie zapominania o płatnościach. Terapeuta zadał następnie kluczowe pytanie: „Jak sądzisz, jak ja mogę się czuć, gdy nie płacisz mi za spotkania?”. Pacjent (początkowo zszokowany tym pytaniem!) odpowiedział, że terapeuta pewnie czuje się rozzłoszczony. Tym oto sposobem Yalom i jego pacjent poruszyli jedną z najważniejszych kwestii dotyczących życia pacjenta – wchodzenia przez niego w konfliktowe relacje z ludźmi. Pacjent miał bowiem często poczucie, że to INNI traktują go źle, nie zauważając, że sam prowokuje ich do tego. Gdy to zostało dostrzeżone przez pacjenta, mógł w końcu skupić się na zmianie swojego zachowania, by ludzie mogli traktować go w inny sposób. Trenowanie tej zmiany rozpoczęło się, oczywiście, w warunkach relacji terapeutycznej.

 

 

TG