Archive | Styczeń 2016

Psychoterapia i (konstruktywne) rozczarowanie

Psychoterapia bywa postrzegana jako „cudowny środek”, metoda rozwiązywania różnorakich problemów. Myślę, że marzeniem wielu ludzi jest odnalezienie sposobu na uzyskanie szczęścia (co samo w sobie nie jest niczym złym, stanowi po prostu część naszej ludzkiej natury) i nierzadko zdarza się, że udział w terapii jest traktowany jako tenże sposób. Niestety, tego rodzaju perspektywa prowadzi w prostej linii do rozczarowania i – co za tym idzie – do zrezygnowania z terapii lub nawet zdewaluowania jej. Chciałbym przedstawić tutaj zatem najczęstsze „okazje” do doświadczania rozczarowania w procesie psychoterapeutycznym, co być może będzie pomocne w nieco lepszym przygotowaniu się na udział w tym procesie i przejściu przez to doświadczenie emocjonalne w konstruktywny sposób.

Proces rozczarowywania się nierzadko rozpoczyna się już na pierwszym spotkaniu. Zadaniem terapeuty jest wtedy ocena: na ile oczekiwania osoby zgłaszającej się na terapię są – na najbardziej ogólnym poziomie – możliwe do realizacji. Bywa, że nie są one do spełnienia; na przykład wtedy, gdy chodzi o znalezienie idealnego partnera życiowego lub gdy ktoś chciałby, żeby wszyscy go akceptowali i doceniali. Nie możemy, jako terapeuci, podsycać nadziei tam, gdzie wiedzie ona w ślepą uliczkę. Dlatego też od początku staramy się wskazywać na to, co jest realistyczne i na to, co realistyczne być nie może. Jakakolwiek inna postawa ze strony terapeuty byłaby, najprościej mówiąc, oszustwem. „Gmach wzniesiony na kłamstwie nie oprze się wichurze”.

Jeśli spojrzymy na proces psychoterapeutyczny z perspektywy medycznej, czyli jako proces leczenia (dotyczący głównie trudności emocjonalnych), to widoczne staje się, jak odmienne jest to leczenie od „typowego”, tzn. proponowanego przez lekarzy różnych specjalności. W tej typowej relacji lekarz-pacjent, ten drugi sprowadzony jest w zasadzie do roli osoby podporządkowanej, której głównym zadaniem jest wykonywać zalecenia lekarza – czyli „poddać się leczeniu”. Relacja terapeuta-pacjent jest bardziej relacją symetryczną, choć nadal nie jest nią do końca. Uznajemy za bardzo ważne kwestie gotowości i motywacji do WSPÓŁUCZESTNICZENIA w leczeniu. W tym sensie, leczenie bardziej staje się współpracą niż poddawaniem się woli autorytetu. I tutaj pojawia się miejsce na kolejne rozczarowanie: dla części Pacjentów wzięcie współodpowiedzialności za proces zdrowienia jest bardzo trudne. Woleliby pozostać bierni, w oczekiwaniu, aż specjalista zastosuje szereg tajemniczych i „cudownych” zabiegów, które przyniosą upragnioną równowagę emocjonalną. Niestety, od dawna już wiemy, że to tak nie działa. Uczestniczenie w psychoterapii, to uczestniczenie w specyficznej formie współpracy, w której zaangażowanie i wola działania, odgrywają kluczową rolę. Ponownie, nie dla każdego jest to perspektywa do przyjęcia.

Potrzeba zależności współwystępuje z pragnieniem uzyskania odpowiedzi na najważniejsze dylematy i życiowe Wielkie Pytania (Kim jestem? Dokąd zmierzam? Co jest dla mnie dobre? Co powinienem zrobić?). Pytania te bywają kierowane do terapeuty, który, niestety, nie zna – i nie może znać – na nie odpowiedzi. Zamiast tego, stara się pomóc w samodzielnym ich odnalezieniu lub w przeformułowaniu pytań na takie, które będą bardziej precyzyjne. W tym sensie, psychoterapeuta nie jest specjalistą od odnajdywania właściwych odpowiedzi, a raczej specjalistą od zadawania właściwych pytań.

Kolejne etapy terapii przynoszą rozczarowanie innej natury. Okazuje się, że praca nad realistycznym celem związana jest z ceną, którą trzeba ponieść. Aby zyskać coś nowego, nierzadko trzeba z czegoś innego zrezygnować. Na przykład, można zyskać poczucie większej stabilności emocjonalnej, ale kosztem zmniejszenia ilości godzin pracy/wyeliminowania ze swojego życia alkoholu/odpuszczenia nawiązywania relacji z agresywnymi, choć interesującymi przez to mężczyznami, i tak dalej. Podjęcie tego rodzaju decyzji stanowi ogromne wyzwanie i bywa, że niektóre osoby wolą pozostać przy starych wzorach zachowania niż wprowadzać konkretną zmianę do swojego życia. Wybór zawsze pozostaje po stronie Pacjenta.

Ostateczne rozczarowanie zawsze jest związane z faktem, że terapia kiedyś się kończy. Marzenie o posiadaniu przy sobie człowieka, który gotowy jest wysłuchać i pomagać (w specyficzny sposób, ale to zawsze coś) jest dosyć powszechne. Najczęściej jest ono, przynajmniej częściowo, realizowane przez posiadanie przyjaciół, rodziny. Ale jeśli obszar relacji z ludźmi jest obszarem deficytowym (zaniedbanym, niezrealizowanym), to kontakt z terapeutą może w pewien sposób wypełnić tę niszę. W toku terapii konieczne jest, by obszar relacji z ludźmi został w jakiś sposób konstruktywnie zagospodarowany, ale to wymaga (jak już wspomniałem wyżej) pracy oraz gotowości do wzajemności. Terapeuta może być traktowany jako opcja „łatwiejsza”, bo dostępna regularnie i opłacana. Często zdarza się też, że Pacjent przywiązuje się do terapeuty, zaczyna go lubić lub obdarzać innymi pozytywnymi uczuciami (co traktujemy jako ważny i na ogół sprzyjający element terapii, zwłaszcza, że sami nie jesteśmy tego rodzaju uczuć pozbawieni i również obdarzamy naszych Pacjentów sympatią, interesujemy się nimi i ich los nie jest nam obojętny – emocjonalnie zbliżamy się do nich). Niemniej, ważnym krokiem z naszej (terapeutów) strony jest przygotowywanie Pacjentów na ograniczoność w czasie procesu terapeutycznego. Naczelną zasadą pracy terapeutycznej jest bowiem doprowadzenie do takiego momentu, by Pacjent uzyskał samodzielność (na tyle, na ile to możliwe) w radzeniu sobie z własnymi trudnościami emocjonalnymi. To jest większa wartość niż pozostawanie w permanentnej relacji terapeutycznej.

Warto przy tym wspomnieć o kwestii osiągniętych efektów terapii. Często nie oznaczają one wyeliminowania starych problemów, usunięcia traumatycznych wspomnień lub pozbawienia siebie kontaktu ze smutkiem bądź lękiem. Za pozytywny efekt terapii uznajemy rozwinięcie przez Pacjenta umiejętności osiągania równowagi emocjonalnej, czy też umiejętności lepszego zarządzania swoim własnym życiem – niezależnie od tego, jakie ono będzie. Nieprzyjemne stany emocjonalne, wyzwania, dylematy, kryzysy – to nieodłączne elementy egzystencji i nie możemy tego zmienić. Możemy natomiast nauczyć się lepiej do nich przystosowywać, konstruktywnie się adaptować.

Stare porzekadło mówi: „Coś jest lepsze niż nic”. Z powodzeniem można to odnieść do procesu psychoterapeutycznego, gdzie część wyidealizowanych oczekiwań zostaje sfrustrowana, ale te bardziej realistyczne mają szansę na urzeczywistnienie. Często sama idealizacja jest częścią emocjonalnych problemów, z którymi borykają się Pacjenci, dlatego też zrezygnowanie z niej – choć bolesne – pozwala na lepszy kontakt z rzeczywistością i na zaspokajanie swoich potrzeb w większym zakresie, niż miało to miejsce wcześniej. Podsumowując, nie można mieć wszystkiego, ale można mieć więcej, niż kiedykolwiek.

Być może powyższy wywód ma nieco pesymistyczny wydźwięk; można jednak na to spojrzeć inaczej. Proces psychoterapeutyczny, choć długotrwały i trudny, ostatecznie może być niezbędny w dokonaniu ważnej zmiany życiowej. Jeśli zatem możemy w odniesieniu do terapii mówić o jakimkolwiek cudzie, to będzie nim (jak pisał Stephen Johnson) „cud ciężkiej pracy”. Konstruktywne radzenie sobie z frustracją i rozczarowaniem stanowi bardzo ważną część tej pracy. Ostatecznie, dochodzimy do tego, że mało co przynosi tak wielką satysfakcję, jak osiągnięty, realistyczny cel oraz świadomość, że drogę do niego zbudowało się własnymi rękoma.

 

Tomasz Grabiec

 

Reklamy