Archive | Czerwiec 2012

Czemu trenerem kadry nie może być kobieta? Czyli słów kilka o dewaluowaniu kobiecego przywództwa.

Niedawno natrafiłam na wyniki eksperymentu, który przynajmniej w części odpowiada na nurtujące (zwłaszcza kobiety) pytanie: jak to się dzieje, że pomimo sukcesów feministek, ogromnych zmian społecznych, parytetów i (przynajmniej deklarowanych) postaw większości społeczeństwa dotyczących równego traktowania obu płci, wciąż tak niewiele kobiet osiąga najwyższe stanowiska w firmach, polityce, biznesie? Jak to jest, że wśród sławnych przywódców kobiety są tak nieliczną grupą? Dlaczego Martin Luther King, Mahatma Gandhi nie mogli być kobietami? O ile można to zrozumieć w odniesieniu do historii i marginalizowania roli i znaczenia kobiet w przeszłości, to już mniej zrozumiałe jest to w XXI wieku, kiedy prawa kobiet są równe, a ich wykształcenie, doświadczenie i ambicje wręcz powinny predysponować je do osiągania spektakularnych sukcesów.

Temu zagadnieniu przyglądał się D. Butler i F. L. Geis. Zauważyli oni, że to co sądzimy o zachowaniach innych, opiera się na dwóch rodzajach oczekiwań. Pierwsze z nich to oczekiwania przemyślane (considered expectations), które są egalitarne, oparte na równości szans, praw i dostępu do stanowisk. Drugi rodzaj oczekiwań to oczekiwania automatyczne (automatic expectations), które wciąż są tradycyjne i stereotypowe (takim oczekiwaniem może być np. ukryte przekonanie, że kobiety powinny ustępować mężczyznom).

Badacze zauważyli, że o ile te pierwsze są świadome, to oczekiwania automatyczne zazwyczaj są nieuświadamiane i nierozpoznawane. Skąd zatem możemy wiedzieć o ich istnieniu? Po reakcjach afektywnych – czyli po widocznych sygnałach mimicznych. Pozytywnej ocenie przywództwa towarzyszyły zazwyczaj takie sygnały jak uśmiech, potakiwanie, natomiast negatywnej- marszczenie brwi czy zaciskanie ust.

Skoro jednak marszczymy brwi i zaciskamy usta, a nie jesteśmy świadomi przyczyny takich reakcji (wynikających z automatycznych, stereotypowych oczekiwań), to zaczynamy szukać ich uzasadnienia w zachowaniu osób, które widzimy. Tłumaczymy wówczas sobie, że nasze niezadowolenie wynika z czegoś, co robi źle osoba, którą obserwujemy.

Aby sprawdzić tę tezę D. Butler i F. L. Geis skonstruowali badanie, w którym uczestnicy mieli próbować przekonać pozostałych do swojego pomysłu. W grupie tej znajdowali się „podstawieni” uczestnicy – kobieta lub mężczyzna. „Podstawione” osoby mogły posługiwać się wcześniej ustalonymi, jednakowymi argumentami. Chciano sprawdzić, jak na te same argumenty wysuwane przez kobietę lub mężczyznę będą reagować osoby badane i jakiego rodzaju reakcje mimiczne będą im towarzyszyć.

Wyniki wskazały, że:

• kobiety w roli przywódcy otrzymywały mniej pozytywnych afektów niż mężczyźni (czyli mniej się do nich uśmiechano, potakiwano na ich wypowiedzi, itp.);

• kobiety w roli przywódcy otrzymywały więcej sygnałów niezadowolenia (czyli więcej marszczono brwi, zaciskano usta, itp.), w sytuacjach dokładnie takiej samej inicjatywy i stosowania takich samych argumentów co mężczyźni;

• osoby badane życzyły sobie mniejszego wkładu do dyskusji kobiet jako przywódców;

• mężczyznom jako przywódcom przypisywano cechy podkreślające ich zdolności, umiejętności i inteligencję, a kobiety jako przywódców określano mianem bardziej apodyktycznych i dominujących niż mężczyźni;

• osoby badane zaprzeczały swojej tendencyjności wobec płci, co oznacza, że na poziomie świadomym osoby badane pozostawały egalitarne.

Jak można rozumieć te wyniki?

Negatywne reakcje wobec kobiet jako przywódców są nieświadome, świadome są za to oczekiwania egalitarne, a zatem prawdziwa przyczyna negatywnej reakcji pozostaje nierozpoznana. Jak sobie radzimy jako społeczeństwo z tymi sygnałami? Przypisujemy je przyczynie bardziej możliwej do przyjęcia – niekompetencji osoby działającej – czyli kobiecie. A tak postrzeganym kobietom, dużo trudniej walczyć o szacunek, stanowiska i awans. Wszak im bardziej będą udowadniać, że nie są gorsze od mężczyzn – tym bardziej będą łamały nieświadomy stereotyp i tym więcej negatywnych reakcji afektywnych przeżywanych przez obserwatorów będzie przypisywanych ich niekompetencji….
Ja jednak wierzę, że poszerzając świadomość o obszary nieświadomości doprowadzimy do tego, że trenerem naszej kadry piłkarskiej będzie kiedyś kobieta, a jeśli w tym pomyśle wyprzedzimy inne narodowości to wygraną mamy jak w banku! 🙂

Reklamy

Niech się Dziecko bawi!

Według analizy transakcyjnej, teorii psychologicznej, o której już zdarzało mi się tutaj pisać, na osobowość człowieka składają się trzy tzw. stany Ja: Rodzic, Dorosły i Dziecko. Rodzic to struktura zawierająca przekazy od rodziców i innych znaczących dorosłych w naszym życiu. Znajdują się tu „przepisy“ na to jak się opiekować, wyznaczać granicę, nagradzać, karać. Zarówno w relacji do innych jak i do samego siebie. Dorosły to trochę komputer, najmniej emocjonalny element, który myśli w oparciu o zasadę rzeczywistości, czyli bierze pod uwagę aktualne informacje i wybiera adekwatne sposoby reagowania. Dziecko to najbardziej pierwotna struktura, pojawia się w rozwoju jako pierwsza, tak więc jako pierwsza doświadcza, czuje i myśli. Znajdują się tam najbardziej archaiczne zapisy, pierwsze doświadczenia zmysłowe itp. Ten stan Ja jest najbardziej tajemniczy. Tworzą się tam pierwsze decyzje dotyczące naszego życia, pierwsze wrażenia na temat innych ludzi i samego siebie. W tym stanie Ja człowiek doświadcza podstawowych emocji: radości, złości, strachu, wstrętu. Nie ma tu np. poczucia winy i wstydu, tego uczymy się później. Bieganie nago jest dla dziecka naturalną sprawą, dla dorosłego już mniej. Według teorii tzw. zdrowy, dojrzały człowiek ma rozwinięte wszystkie stany Ja. Ma dostęp zarówno do swojej moralności, racjonalności jak i spontaniczności. Potrafi zmieniać swoje zachowanie w zależności od sytuacji i czuć się z tym swobodnie. Bywa jednak tak, że mamy łatwiejszy dostęp do wybranych stanów Ja i trudniejszy lub nawet zablokowany do innych. Jeśli podstawowym stanem Ja, z którym się kontaktujemy jest Dorosły, to naszemu życiu może brakować smaku, bo jesteśmy wypełnieni logiką, planowaniem, zbieraniem informacji, a przeżywanie ma najniższy priorytet. Oczywiście można i tak, pytanie tylko czy na dłuższą metę będzie to satysfakcjonujące. Gdy dominuje Rodzic, możemy mieć skłonność do nadmiernego przywiązywania wagi do zasad i życia pod ich dyktando. Liczy się to co wypada, a nie to czego się pragnie. Oddanie pełnej kontroli Dziecku też nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Dziecko to spontaniczność i radość, ale też lęki, obawy, potrzeba bycia zaopiekowanym, uległość. Pozostawione bez nadzoru może zrobić sobie krzywdę, może też przez nieuwagę krzywdzić innych. Często reaguje bez zastanowienia, kierowane potrzebą chwili. Tak więc jeśli ma być bezpiecznie musi być równowaga. Życie bez kontroli, bez racjonalności i bez zabawy… żadna z opcji nie wydaje się wesoła. A już ta ostatnia chyba najmniej.

Przyjrzyjmy się strukturze dziecięcej. Stan ten  dzielimy na trzy elementy: Dziecko Spontaniczne, Dziecko Uległe i Dziecko Zbuntowane. Pierwsza struktura odpowiada za umiejętność zabawy, cieszenia się, kochania, nazywania rzeczy po imieniu, bywa że bez cenzury i kulturowo – społecznych „naleciałości“. To miejsce największej kreatywności, nieskrępowania, ciekawości. Momenty niepohamowanego śmiechu, gaf popełnianych w wyniku ekscytacji, doświadczania autentycznej bliskość z drugim człowiekiem – to są korzyści z posiadania tej części osobowości i utrzymywania jej w dobrej kondycji. Dziecko Uległe to element osobowości, który zna tzw. zasady funkcjonowania w społeczeństwie i się im podporządkowuje. Chce być grzeczne i chce spełniać oczekiwania, nawet własnym kosztem. Kłania się, zgadza, chowa swoje potrzeby, nie przeszkadza. Gdy mamy go „za dużo“ możemy zapominać o sobie i narażać się na wykorzystanie. Jednak jeśli ten stan Ja jest w odpowiednich proporcjach, możemy go zastosować np. przy okazji kontroli drogowej, gdzie „przepraszam“ i „to się więcej nie powtórzy“ może czasem zdziałać cuda! Dziecko Zbuntowane też zna zasady tylko ma je w … nosie. Robi co i kiedy mu się podoba. Nie zważa na konsekwencje, może mieć nawet poczucie nieśmiertelności poruszając się motocyklem po mieście z autostradową prędkością. Może być groźne. Natomiast może też zadbać o siebie wycofując się z niekomfortowej sytuacji z całą stanowczością i bez baczenia na to, co inni pomyślą. Ono myśli o sobie.

Struktura „dziecięca“ ma różne odcienie, ale jej największym potencjałem jest umiejętność i dążenie do zabawy. Wielka by to była szkoda przeznaczyć ją jedynie na uległość lub bunt czyli na spełnianie oczekiwań innych lub robienie im na złość. Może warto rozwijać tę bardziej ufną i autentyczną część siebie. Pokazywanie innym „prawdziwego siebie“ jest ryzykowne, ale kto nie ryzykuje…

Każdy z wyróżnionych stanów Ja (Rodzic, Dorosły i Dziecko) ma swoje miejsce i swoją użyteczność. Każdy z nich może być zastosowany do budowania satysfakcjonującego życia lub do jego niszczenia. Według analizy każdy ma prawo wyboru sposobu zachowania, rodzaju przeżywanych emocji, sposobu odbierania świata. Choć brzmi to mało spontanicznie można też zdecydować się na zabawę. Bawi się część „dziecięca“, ale ta „rodzicielska“ może pomóc: dać przyzwolenie, przymnkąć oko na ewentualne potknięcia. W wyniku takiej współpracy wewnątrzosobowościowej możemy pozwolić sobie na bycie „tu i teraz“, na bycie z innymi na tyle blisko by śmiać się z nimi i nie czuć skrępowania, nawet jeśli czujemy się w tej zabawie jeszcze nieporadni, niezgrabni. Ćwiczenie czyni mistrza, a w tej dyscyplinie warto dążyć do mistrzostwa. Cieszyć się życiem – nie widzę słabych punktów takiego pomysłu.

Kto się śpieszy, nie pomaga :)

Eksperyment zaprojektowany przez Darleya i Batona, często nazywany eksperymentem Dobrego Samarytanina” miał przynieść odpowiedzi na pytanie, jakie czynniki sytuacyjne i osobowościowe mają wpływ na udzielanie pomocy przez ludzi w krytycznej sytuacji.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że pomaganie innym w dużej mierze powinno zależeć od przyswojenia etycznych norm i zasad, które wpajane są nam od najmłodszych lat w domu, szkole, kościele. Pomaganie innym powinno nam wejść w krew bo: czeka nas za to nagroda w niebie, bo mama będzie się cieszyła, bo unikniemy lania, bo trzeba dbać o innych, bo jest się wrażliwym na cudzą krzywdę, bo… Proces wychowania daje nam dziesiątki odpowiedzi, dlaczego powinniśmy pomagać.

Jednak gdy badacze na serio zajęli się szukaniem osobowościowych czynników sprzyjających tendencji do pomagania, znaleźli się w kropce. Okazało się, że w szeregu badań nie znaleziono osobowościowych determinantów udzielenia pomocy. Choć można by pomyśleć że powinny mieć z tym coś wspólnego takiego czynniki osobowościowe jak makiawelizm, odpowiedzialność społeczna, autorytaryzm, alienacja i inne, żaden z nich nie pozwalał przewidzieć czy dana osoba pomoże czy też nie.

Punktem wyjścia do kolejnego badania była przypowieść o Dobrym Samarytaninie.
Badacze chcieli sprawdzić, czy tak jak w przypadku biblijnego Samarytanina, kluczowymi czynnikami zwiększającymi chęć pomocy będą:
1. brak pośpiechu (Samarytanin, jako ktoś z nizin społecznych, miał zapewne mniej napięty grafik, niż mijający poturbowanego człowieka Kapłan i Lewita)
2. brak zaabsorbowania myśli abstrakcyjnymi zagadnieniami, nakazami i zakazami religijnymi, a zamiast tego, spontaniczne reagowanie na to, co przynosi codzienność

W tym celu skonstruowano badanie, w którym wzięło udział 40 studentów Seminarium Teologicznego w Princeton, którym powiedziano, że celem badania będzie edukacja religijna i powołanie religijne.

Eksperyment skonstruowany był w ten sposób, że po pierwszej części badania – serii testów, badani byli proszeni o przejście alejką do drugiego budynku na kolejną turę badania, która miała polegać na wygłoszeniu przez nich krótkiej prelekcji na jeden z dwóch tematów. Część studentów miała wygłosić prelekcję o możliwościach rozwoju kariery po seminarium, a część opowiedzieć przypowieść o dobrym Samarytaninie.

Kluczowe jednak było to, że przechodząc alejką osoby badane miały „natknąć się” na nieznajomego, potencjalnie potrzebującego pomocy człowieka. „Ofiara” siedziała pochylona przy drodze, wyglądała nieco dwuznacznie, była źle ubrana, sprawiała wrażenie osoby potrzebującej pomocy lub pijanej lub potencjalnie niebezpiecznej. Gdy ofiarę mijali kolejni badani, ta zaczynała kaszleć i jęczeć, mówiąc o chorobie płuc. W przypadku chęci udzielenia jej pomocy, grzecznie dziękowała mówiąc, że przyjęła już tabletki.

Udzielanie pomocy przez badanych mierzono za pomocą poniższej skali:
0. Badany w ogóle nie zwrócił uwagi na ofiarę.
1. Badany spostrzegł ofiarę, ale nie zaproponował pomocy.
2. Badany nie zatrzymał się, lecz pomógł pośrednio (np. mówiąc asystentowi).
3. Badany zatrzymał się i zapytał czy ofiara potrzebuje pomocy
4. Badany po zatrzymaniu nalegał, że weźmie ofiarę do środka budynku, a następnie zostawiał ją.
5. Badany po zatrzymaniu odmówił pozostawienia ofiary przez 3-5 minut i nalegał na zabranie jej (na kawę, do szpitala).

Chęć do pomagania mierzono też w odniesieniu do natężenia pośpiechu. U części studentów wywoływano niewielki pośpiech, mówiąc: „masz jeszcze parę minut”, u innych średni pośpiech: „idź bezpośrednio do asystenta”, u jeszcze innych duży pośpiech, mówiąc: „jesteś spóźniony, czekają na ciebie już od kilku minut”.

Po całości eksperymentu, studenci wypełniali kwestionariusz dotyczący etyki osobistej i społecznej, a w nim odpowiadali na trzy kluczowe pytania:

1. Kiedy ostatni raz widziałeś osobę, która zdawała się potrzebować pomocy?
2. Kiedy ostatni raz zatrzymałeś się, żeby pomóc komuś w potrzebie?
3. Czy zdarzyło ci się pomagać ludziom w potrzebie? Jeśli tak, opisz pokrótce.

Wyniki eksperymentu wykazały, że treść prelekcji nie miała istotnego wpływu na gotowość do udzielania pomocy przez badanych. Studenci, którzy mieli wygłosić prelekcję o dobrym Samarytaninie wcale nie stawali się bardziej gotowi do niesienia pomocy i wcielania w życie ideału chrześcijańskiej miłości.

Jedynym istotnym czynnikiem związanym z udzielaniem pomocy był pośpiech. Spośród 40 badanych (a byli to studenci seminarium teologicznego!), tylko 16 (czyli 40%) udzieliło ofierze jakiegoś rodzaju pomocy, a 24 (czyli 60%) nie zaproponowało żadnej pomocy.

Gdy uwzględniono nasilenie pośpiechu okazało się, że pomocy przy niewielkim pośpiechu udzieliło 63% badanych, przy średnim pośpiechu już tylko 45% badanych, a przy dużym pośpiechu zaledwie 10% badanych pochyliło się nad kaszlącym i jęczącym człowiekiem!

Osoby badane w poeksperymentalnych dyskusjach zwracały uwagę, że pośpiech zawężał ich procesy poznawcze i powodował odraczanie interpretacji obrazu wzrokowego oraz odraczanie reakcji empatycznych. Pośpiech sprawiał także, że badani nie rozważali sytuacji „ofiary” w kategoriach decyzji etycznych.

Zauważono też, że część spośród badanych, którzy nie pomogli ofierze, podczas prelekcji była niespokojna i pobudzona. Trawił ich konflikt wewnętrzny związany z koniecznością wyboru: pomocy eksperymentatorowi, który czekał na nich (a oni byli spóźnieni) i pomocy leżącej ofierze.

To pozwala wyciągać choć jeden optymistyczny wniosek – cześć osób badanych nie udzieliła pomocy ofierze nie ze względu na brak wrażliwości czy litości, a ze względu na konflikt pomiędzy chęcią udzielenia pomocy dwóm osobom naraz.

Badanie to napawa pesymizmem. Przy coraz szybszym tempie życia, coraz większym natłoku obowiązków, pośpiech zaczyna być naszym naturalnym stanem, w którym z rosnącą łatwością uczymy się funkcjonować. To sprawia, że etyka staje się coraz większym luksusem w pędzącym świecie.

I może to właśnie sprawia, że tak bardzo wzruszamy się oglądając takie filmiki jak ten. Jakby nagle zobaczenie kogoś pomagającego bezinteresownie i niespiesznie, poruszało w nas jakąś dobrą, empatyczną i współczującą cześć, która w wirze codziennych spraw gdzieś się nam gubi.

http://www.joemonster.org/filmy/43524/Przyklad_czlowieczenstwa

Więc na zakończenie, życzę Nam wszystkim wolności w powolności i frajdy z pomagania!

Kto się oprze presji grupy?

Większość z nas nie lubi myśleć o sobie jako o konformistach. Cenimy własną niezależność, jesteśmy przywiązani do swoich poglądów i wartości. Czytając wstrząsające historie o ludzkiej obojętności wobec tragedii, jesteśmy przekonani że będąc na miejscu tych ludzi postąpilibyśmy całkiem inaczej.

Ostatnio oglądając dokument o zwykłym życiu w Korei Północnej, na moje usta cisnęło się pytanie, jak to możliwe, że nikt się nie buntuje żyjąc w taki sposób! I wtedy przypomniał mi się eksperyment Ascha, który doskonale ukazał co dzieje się z jednostką pod wpływem presji grupy, przy okazji dając odpowiedzi na ważne pytania. Jaki jest wpływ innych na nasze opinie? Jak silna jest potrzeba konformizmu społecznego?

Eksperyment Ascha przeprowadzony w 1951 roku na Uniwersytecie Harvarda był konsekwencją długiej dyskusji badaczy na temat wpływu innych ludzi na nasze sądy, opinie i oceny, którą wywołało „odkrycie” hipnozy w XIX wiek przez Charcota. Zauważono, że na hipnozę są podatne nie tylko histeryczki, jak początkowo uważano, ale też większość „normalnych” ludzi, a samą hipnozę zaczęto postrzegać jako skrajną formę „sugestywności”.

W pierwszych eksperymentach dotyczących wpływu grupy na sądy jednostki, pytano osoby badane o ich opnie i postawy na różne kwestie (np. dotyczące literatury), a gdy już je wygłosili, informowano badanych że większość osób lub autorytet myślą inaczej. Przy ponownym pytaniu o te same kwestie, większość badanych zmieniała zdanie podporządkowując się opiniom większości lub specjalisty, pomimo, że wcześniej opinie tych autorytetów nie zostały poparte żadnymi argumentami czy dowodami. Wyniki tych badań były tak spójne, że budziły wątpliwości badaczy.

I tu na scenę wkroczył Asch.
Jego eksperyment opierał się na grupie 7 studentów, których zadaniem miało być porównywanie długości odcinków. Eksperymentator przed zadaniem poinstruował 6 osób , aby udzielały takich samych, niepoprawnych odpowiedzi, a czasami, aby uniknąć podejrzeń badanego takich samych poprawnych odpowiedzi. Tylko jedna z osób w grupie została poinformowana, ze bierze udział w eksperymencie dotyczącym spostrzegania i to ta osoba była rzeczywistym badanym.

Badani mieli odpowiedzieć, który z odcinków A, B czy C, odpowiada długości odcinka po lewej stronie.
Przebieg eksperymentu:

Początkowo wszyscy udzielali jednomyślnie poprawnych odpowiedzi, jednak w pewnym momencie 6 uczestników zaczynało podawać jednomyślnie błędne odpowiedzi. U osoby badanej początkowo zarejestrowano zdziwienie, przy kolejnej próbie zaniepokojenie, z każdą kolejną próbą osoba badana była coraz bardziej niepewna, długo zastanawiała się nad odpowiedzią, mówiła cichym głosem i uśmiechała się z zakłopotaniem.
Wyraźne było bardzo silne napięcie, gdyż badany znajdował się w sytuacji ogromnego konfliktu wewnętrznego, podając poprawne odpowiedzi – stawał się jednoosobową mniejszością, znajdującą się w opozycji do jednomyślnej i arbitralnej większości, wobec prostego i jasnego faktu długości odcinków! Był pod wpływem dwóch przeciwstawnych sił – własnych doznań zmysłowych i jednomyślnej opinii grupy, wobec której musiał publicznie wyrazić swoja ocenę.

Wyniki:
W eksperymencie tym osoby badane miały dwie możliwości – działać niezależnie, odrzucając opinię większości lub podporządkować się jej, odrzucając własne doznania. Okazało się, że wśród 123 osób biorących udział w badaniu, przy braku nacisku ze strony grupy pojawił się tylko 1% błędnych odpowiedzi, natomiast pod wpływem nacisku grupy aż 36,8% błędnych ocen długości odcinka.
Zauważono także dwa typy reakcji badanych: około ¼ z nich, wykazywało zupełną niezależność i nigdy nie zgadzało się z błędnymi sądami większości, natomiast część osób, konsekwentnie cały czas udzielało błędnych odpowiedzi zgodnie z ocenami większości.

W trakcie rozmów po eksperymencie zaobserwowano, że osoby niezależne, charakteryzowały się zaufaniem do własnych sądów, zdolnością do przezwyciężania własnych wątpliwości i przywracania równowagi, czuły się zobowiązane do mówienia tego, co widzą.

Natomiast osoby skrajnie ulegające szybko dochodziły do wniosku „oni mają rację, ja się mylę”, racjonalizowały swoje postępowanie niechęcią do zepsucia eksperymentatorowi wyników badania, u części z nich zaobserwowano też przekonanie o jakimś własnym braku, defekcie, który za wszelką cenę należało ukryć i dlatego z desperacją próbowały przyłączyć się do większości. Żadna ze skrajnie ulegających osób nie doceniała częstości swego ulegania.

W kolejnych modyfikacjach tego eksperymentu Asch sprawdzał czy oczywistość błędu będzie miała znaczenie. O ile w pierwotnej wersji różnice między długością odcinków wynosiły 2,5 -4 cm, to w kolejnej wersji różnice długości zwiększano. Nie udało się znaleźć takiej różnicy długości, przy której wszyscy badani sprzeciwiliby się grupie, pomimo, że różnice długości dochodziły nawet do 18cm!
Kolejna hipoteza sprawdzała jak duża musi być grupa, aby jej nacisk okazał się znaczący. Okazało się, że jeśli osoba badana miała tylko jednego oponenta, zachowywała swoją niezależność, gdy było ich dwóch – odsetek błędnych odpowiedzi rósł do 13,6%, natomiast przy trzech oponentach – pojawiał się gwałtowny wzrost błędów do 31,8%, dalszy wzrost liczby grupy nie wpływał znacząco. (Hmm, ciekawe czemu wszelkiego rodzaju komisje egzaminacyjne mają właśnie taki skład? ;))

Tu mamy świetny przykład wykorzystania presji społecznej w ukrytej kamerze sprzed lat (i jest trzyosobowa grupa!).

Cóż zatem może pomóc nam radzić sobie z naciskiem społecznym? Okazało się, że pojawienie się w grupie choć jednej osoby, która nie zgadzała się z resztą , pomagało większości badanych odzyskać niezależność w odpowiedziach, niezależnie czy dysydent zgadzał się z badanym czy nie.

A jeśli kogoś takiego nie ma w grupie, której sami chcielibyśmy nie ulegać?
No cóż, to możesz być właśnie Ty! 🙂

Asch S.E. (1951) Effect of group pressure upon the modification and distortion of judgments.