Archive | Marzec 2012

Jak kochają neurotycy? (cz. 1)

Dzisiejsza odsłona miłośnika będzie próbą pokazania różnic między miłością (rozumianą jako uczucie, naturala potrzeba każdego człowieka, przejaw dojrzałości i gotowości do wchodzenia w związki) a neurotyczną potrzebą, którą czasem nazywamy miłością, ale która w rzeczywistości jest sposobem destrukcyjnego radzenia sobie z lękiem.

Autorką rozróżnienia miłości od neurotycznej potrzeby miłości była Karen Horney, która w książce „Neurotyczna osobowość naszych czasów” dokonała wnikliwej analizy neurotycznych związków i neurotycznych postaw jakie ludzie w nich przyjmują. Choć wydana jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku, mogłaby wydawać się już reliktem przeszłości i choć aktualnie neurotyzm staje się terminem niepopularnym i coraz rzadziej używanym, to jednak koncepcja Horney wciąż aktualnie opisuje i tłumaczy to, co często rozumiemy i definiujemy  jako miłość, a co jest czymś całkiem innym…

Na początek przydałaby się nam definicja miłości. Według Sternberga miłość można opisać za pomocą trzech ważnych składowych:

  • INTYMNOŚCI – czyli dążenia do bliskości z partnerem,  przekonania, że można na niego liczyć w potrzebie, wzajemnego rozumienia się, udzielania i otrzymywania wsparcia emocjonalnego, wzajemnego dzielenia się przeżyciami i myślami
  • NAMIĘTNOŚCI – czyli przeżywania silnych emocji, takich jak pożądanie, zazdrość, podniecenie, tęsknota, połączonych z chęcią fizycznej bliskości
  • ZAANGAŻOWANIA – czyli świadomej decyzji o budowaniu i trwaniu w związku, dbaniu o jego jakość, podsycaniu w sobie zainteresowania drugą stroną

Przejdźmy zatem do NEUROTYCZNEJ POTRZEBY MIŁOŚCI. Zdaniem Horney jej podłożem jest brak autentycznego ciepła i miłości ze strony rodziców. Dlaczego niektórzy rodzice nie dają tego swoim dzieciom? Gdyż sami nie doświadczyli jej od swoich rodziców. I tak, z pokolenia na pokolenie, może być przekazywany deficyt emocjonalny – dawania i przyjmowania miłości, bo przecież niezmiernie trudno dawać komuś coś, czego samemu się nie doświadczyło.

U dziecka, które nie otrzymuje autentycznego ciepła i miłości, nie ma możliwości wytworzyć się poczucie bezpieczeństwa i bazowe zaufanie do innych ludzi i świata.  Zamiast tego, zaczyna się tworzyć lęk podstawowy – dojmujące poczucie niepokoju, poczucie że jest się nieważnym, gorszym, w zagrażającym, niebezpiecznym i wrogim świecie. Dziecko pod wpływem lęku podstawowego zaczyna czuć się samotne i bezradne wobec otaczającego je świata i za wszelką cenę próbuje sobie z tymi nieprzyjemnymi przeżyciami i stanami radzić. Według Horney istnieją cztery sposoby obrony przed lękiem podstawowym, z których może skorzystać dziecko, aby ukoić strach:

1. Może próbować wzbudzać miłość, bo: „jeżeli mnie kochasz, nie skrzywdzisz mnie”

2. Może próbować być uległe, bo: „jeżeli się poddam, nie skrzywdzisz mnie”

3. Może próbować przejąć władzę, bo: „jeżeli będę miał władzę, nikt nie może mnie skrzywdzić”

4. Może próbować wycofać się, bo „jeżeli się wycofam, nikt nie może sprawić mi przykrości”

Każdy z tych sposobów może pomóc ukoić lęk i niepokój, jednak dramat polega na tym, że osoba która sięga po któryś z tych sposobów zaczyna po pewnym czasie odczuwać przymus korzystania z niego. Przymus ten pozbawia ją możliwości decydowania i świadomego wybierania sposobów wchodzenia w relacje z innymi. Ktoś, kto nieświadomie wybrał strategię wycofywania się – będzie z niej korzystał odruchowo, gdy tylko pojawi się w nim lęk. Będzie na przykład przegapiał szanse, rezygnował z wartościowych momentów w życiu, robił krok w tył, gdy relacja kimś ważnym stanie się zbyt trudna lub zbyt bliska, itp.

Ktoś, kto nieświadomie wybrał strategię władzy – będzie odruchowo próbował kontrolować bliskich, dominować nad otoczeniem, będzie wymagał podporządkowania, podległości i spełniania jego oczekiwań.  Ktoś kto nieświadomie wybrał strategię uległości – odwrotnie: automatycznie będzie przyjmował pozycję podrzędną, będzie poddawał się cudzym wpływom, realizował cudze plany, potrzeby, oczekiwania.

Większość z nas nie jest świadoma strategii, którą obraliśmy w dzieciństwie, jednak w dorosłym życiu często intuicyjnie dostrzegamy pewną schematyczność naszych relacji, powtarzalność tego, co działo się z nami w kolejnych związkach.  Większość z nas jest też nieusatysfakcjonowana charakterem i głębokością nawiązywanych relacji, gdyż przymus bronienia się przed lękiem uniemożliwia czerpanie z relacji radości, wchodzenie w ciepłe, autentyczne związki.

Wróćmy jednak do strategii radzenia sobie z lękiem podstawowym poprzez miłość. Neurotyczna potrzeba miłości nie jest uczuciem samym w sobie, a jedynie kołem ratunkowym, mającym obronić nas przed zagrażającym, wrogim światem i niepokojem wewnętrznym. Szukanie miłości staje się więc rozpaczliwą próbą ukojenia swojego lęku i zbudowania poczucia bezpieczeństwa.

Jak pisze Horney: „Większość z nas potrafi od czasu do czasu przekazać uczucia, ale właściwości tej może towarzyszyć absolutna niezdolność do miłości. Ważna jest postawa, z jakiej rodzi się uczucie: czy jest ono wyrazem pozytywnego ustosunkowania się wobec ludzi, czy też wypływa na przykład z obawy przed utratą drugiego człowieka  lub też z dążenia do podporządkowania go sobie?” i jeszcze: „Różnica między miłością a neurotyczną potrzebą miłości polega na tym, że w miłości sama potrzeba kochania jest najważniejsza, natomiast u neurotyka dominującym uczuciem jest potrzeba bezpieczeństwa, które chce znaleźć w miłości…”.

O tym, w jaki sposób rozpoznać przejawy neurotycznej miłości oraz o pułapce w jaką wpadają kochający neurotycy, która „przypomina sytuację człowieka umierającego z głodu, który nie ma odwagi dotknąć jedzenia z obawy przed zatruciem” – już wkrótce!

Wszystkie cytaty pochodzą z książki K. Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań, 2005.

Zapraszamy do udziału w grupie psychoedukacyjno-rozwojowej „Miłośnik psychologiczny”. Grupa skierowana jest do osób – kobiet i mężczyzn – pragnących w świadomy, dojrzały sposób budować związki z ważnymi dla siebie ludźmi. Jest to też miejsce dla tych, którzy w poszukiwaniu drugiej połówki wciąż powtarzają te same, nieskuteczne strategie oraz dla tych, którzy w swoich dotychczasowych relacjach nie znajdują spełnienia i satysfakcji.
Start grupy 17.05. Więcej szczegółów w linku poniżej.
ZAPRASZAMY!

http://www.blizej.com.pl/psychoedukacja.html

Stereotyp nie znosi improwizacji.

KlubKobietKiedy słyszymy słowo “matka” widzimy kobietę, słowo “ojciec” wywołuje obraz mężczyzny. Na razie. Współczesny świat wnosi w nasze życie różne nowości i być może tego rodzaju skojarzenia będą za jakiś czas jedynie stereotypem. Stereotyp to przekonanie na jakiś temat, rodzaj uogólnienia polegającego na przypisywaniu całej grupie zjawisk lub osób cech zaobserwowanych u kilku z nich.

Stereotypy mogą dotyczyć zjawisk, ludzi, grup społecznych, narodów. Jest wiele teorii dotyczących powodów tworzenia się stereotypów, wskazuje się na to, że powstają już w dzieciństwie na podstawie obserwacji i uczenia się. Mogą być nieadekwatne, nieużyteczne, “upośledzające” myślenie, utrudniające rozwiązywanie problemów. W takim razie dlaczego ludzie posługują się stereotypami? Wydaje się, że jedną z odpowiedzi może być lenistwo. Stereotyp daje gotową odpowiedź na wiele sytuacji dlatego tworzy złudzenie bezpieczeństwa. Wiele rzeczy potrafimy sobie wytłumaczyć za pomocą sterotypów: wiemy jacy są mężczyźni, a jakie kobiety, wiemy czego spodziewać się po Rosjanach, a czego po Włochach. Choć informacja jaką niesie stereotyp może być błędna to jednak oszczędza wiele wysiłku. Gdybyśmy musieli odrzucić wszystkie stereotypowe założenia, to często musielibyśmy skonfronować się z niewiedzą i wątpliwością. Widok zadbanej kobiety leżącej na ulicy wywoła pewnie w przechodniach serię reakcji opiekuńczych, takich jak choćby wezwanie karetki. Innych reakcji albo raczej ich braku można by się spodziewać gdyby na miejscu kobiety umieścić bezdomnego mężczyznę. Stereotyp oszczędza emocjonalnego i poznawczego wysiłku. Proponuje, choć niebezpieczną, to jednak drogę na skróty: “Czegóż innego można by się spodziewać po mężczyźnie?”, “To kobieta, oczywiście, że wiecznie niezadowolona!”, “Pewnie nic mu nie jest, po prostu pijaczyna!”. Wszystko jasne. Albo nic. Bo chociaż stereotypy mogą okazać się trafne, to jednak nie muszą być prawdziwe w odniesieniu do konkretnej osoby. Te wyjątki od “reguły” wydają się na tyle interesujące, że na ich podstawie powstają filmy. Tak jak “Billy Elliot” o synu górnika, który pragnie zostać tancerzem baletowym, czy “Żelazna Dama” o pierwszej, i jak na razie jedynej, kobiecie wybranej w Wielkiej Brytanii na szefa partii rządzącej . Filmy te pokazują pogoń za marzeniem, które nijak nie wpisuje się w oczekiwania społeczne. Pokazują ogrom presji z jaką muszą się zmierzyć ludzie wybierający inną drogę i odwagę jaką muszą się wykazać żeby tej presji nie ulec. Historie te pokazują też, że jesteśmy różni bez względu na płeć, wykształcenie, status społeczny. Różni czyli jedyni w swoim rodzaju, ze swoim własnym zbiorem charakterytycznych cech, potrzeb i pragnień. Jesteśmy różni bez względu na jakiekolwiek kategorie, bo wszystkie mają swoje wyjątki. Filmy, o których wspominam są poruszające bo pokazują, że to co nas zbliża to paradoksalnie właśnie te różnice: może nas łączyć pragnienie bycia innym, pragnienie “odklejenia” się od stereotypu i jednocześnie związany z tym pragnieniem lęk: “Czy starczy mi sił? Czy zaakceptują mnie mimo wszystko?” Dlatego tak bardzo kibicujemy bohaterom tych filmów – widzimy w nich siebie.

Stereotyp może pociągać za sobą zjawisko dyskryminacji. I tak na przykład obie płcie skarżą się na nią przy różnych okazjach: kobiety, że nie mają równych szans na rynku pracy, a mężczyźni na polu wychowywania dzieci itp. Fakt bycia kobietą lub mężczyzną we wszechobecych społecznych oczach predenstynuje do pełnienia określonych ról, wiemy to nie od dziś. Kobieta to opiekunka domowego ogniska, mężczyzna to myśliwy. Proste. Idąc za tą myślą ona i on powinni podejmować się określonych zadań zawodowych. Tak jakby z wykonywaniem zawodu, który nie jest “przypisany” do płci łączyła się obawa utraty cech czyniących z kogoś kobietę albo mężczyznę. A to przecież nic wesołego. Dlaczego mali chłopcy chcą być strażakami? Bo strażacy są dzielni i mają wielkie czerwone samochody: są męscy! Dziewczynki bawią się w dom i opiekują lalkami by upodobnić się do swoich mam-kobiet. To wszystko działania w kierunku budowania swojej tożsamości, także tej płciowej. Niektórzy czują potrzebę udowadniania swojej męskości lub kobiecości przez całe życie, również poprzez wykonywanie określonych zawodów. Po części pewnie składa się na to wewnętrzna potrzeba, po części naciski społeczeństwa i kultury, które wyznaczają standardy męskości i kobiecości. Coś się jednak zmienia bo choć wyrażenia “prawdziwy mężczyzna” i “prawdziwa kobieta” wciąż wywołują dość jednoznaczną sieć skojarzeń, to jednak zaczynają powoli trącić myszką. Kobiety coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce, a po ulicach krążą metroseksualni mężczyźni. Pojawiają się inicjatywy w stylu “Mama wraca do pracy!”, a tatusiowie mogą wybrać się na dłuższy urlop tacierzyński. Wydaje się, że stereotypy dotyczące płci wystawiane są na potężną próbę i muszą ulec modyfikacjom. Co do reszty stereotypów to pewnie niektóre przeżywają podobną “rewolucję” a inne trzymają się w pełni zdrowia. Nie wydaje się żeby stereotypy miały nas opuścić, jesteśmy ich twórcami i chętnie się ich trzymamy. Myślę jednak sobie, że to nic nie szkodzi. Bo tak jak trwałe są stereotypy tak samo trwałe jest dążenie do zmian, nowości, eksploracji i improwizacji, a tej ostatniej stereotypy nie znoszą szczególnie!

„I tu Cię mam, Ty s****synie!“

Jak wiemy, są wśród nas tacy, którzy pragną miłości do końca życia i tacy, którzy raczej unikają zobowiązań i angażują się w krótkotrwałe związki, nie chcąc niczego więcej. Wśród tych, którzy chcieliby miłości na długo, są tacy, którzy „nie mają szczęścia“ i nie mogą trafić na „tą jedyną/tego jedynego“.  „Krótkodystansowców“ i tych, którzy mają „pecha“ może łączyć dokładnie ten sam lęk: lęk przed bliskością i zależnością. Ci pierwsi bronią się przed nim unikając relacji, ci drudzy wiążąc się z „niedopowiednimi“ partnerami. Co więcej zapytani czy się boją, popukaliby się w czoło: „Przecież nie potrzebuję nikogo!“, „Ależ ja nie marzę o niczym innym jak o stałym związku!“. I głęboko w to wierzą. Oni czyli my. Wielu z nas boi się zależności. Bo zależność łączy się z możliwością utraty: ktoś nas zostawi, odbierze swoją miłość. Albo zawładnie naszym światem, wolnością, nie zostawiając dla nas miejsca. To wszystko nieświadome przekonania, które mogą zadecydować o kształcie naszego życia miłosnego i jakości naszych relacji. Bo pomimo lęku, potrzebujemy innych. Jeśli nie da się blisko, intymnie i w zaufaniu – to może można inaczej, w bezpieczniejszy sposób? I do tego „służą“ właśnie gry. Takie spojrzenie na relacje proponuje analiza transakcyjna, teoria psychologiczna stworzona przez Erica Berna. Przyjrzymy się jej bardzo ciekawemu elementowi: grom.

Gry psychologiczne to nieudana próba nawiązania bliskości. Gramy nieświadomie, czyli bez świadomej intencji manipulowania i oszukiwania. Gry to sposób na kontaktowanie się z innymi ludźmi, który chroni nas przed prawdziwą bliskością.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Spotykają się kobieta i mężczyzna. Ona ma za sobą serię nieudanych relacji, które mają jedną wspólną rzecz: ona ostatecznie zawsze czuła się zawiedziona i skrzywdzona. W głowie huczy jej: „Dlaczego mi się to zawsze przytrafia?“. On z kolei ma za sobą związki, które kończył z poczuciem, że kobiet nie można zrozumieć, że są męczące i nie można ich zadowolić. Nasi bohaterowie zakochują się w sobie i postanawiają być razem. Opowiadają sobie nawet o byłych kochankach, ostrzegając się nawzajem, czego się boją. On mówi jej, że będzie się nią opiekował, bo przecież jest taka wspaniała; ona obiecuje cierpliwość. Świadomie, na tzw. jawnym poziomie,  mówią do siebie:

On:„Zaufaj mi, jestem inny“

Ona: „Zaufam Ci, jesteś inny“

Natomiast na poziomie ukrytym, czyli nieświadomym:

On: „Kopnij mnie tak mocno jak potrafisz“

Ona: „Nie ma sprawy. Na pewno znajdzie się powód“

Będzie tak, jeśli jej „ulubioną“ (czyli najczęściej odgrywaną) grą jest „I tu Cię mam!“ (W dobitniejszej wersji gra nazywa się „I tu Cię mam, Ty s****synie!“), a jego grą jest „Kopnij mnie“. Wybieramy takie gry, które potwierdzą nasze przekonania na temat ludzi i świata oraz dostarczą nam emocji, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Gra pt. „Kopnij mnie“ prowadzi do tego, że dostajemy od ludzi przysłowiowego kopniaka. Żeby go „zarobić“ np. spóźniamy się, obiecując uprzednio, że na pewno będziemy na czas. Nie dotrzymujemy obietnic. Potem przepraszamy i postanawiamy poprawę, a następnie zachowujemy się dokładnie tak samo. Choć świadomie nie chcemy! Winne są uciekające autobusy, psujący się komputer i różne życiowe okoliczności, które nie pozwalają nam wypełniać zobowiązań. Ostatecznie ludzie są nami poirytowani, nie chcą już przeprosin, nie zlecają nam prac, nie umawiają się z nami i mówią nam wprost, że mają nas dosyć. My czujemy się zranieni, opuszczeni, niezrozumieni. I o dziwo, co jakiś czas przytrafia się nam dokładnie to samo! Mamy skłonność do ciągłego odtwarzania znajomych schematów, choć nie służą naszemu szczęściu. Jednak są tak zakorzenione, że gdy za długo jest spokojnie… my robimy się niespokojni. I fundujemy sobie powtórkę z nieprzyjemnej rozrywki: by znów poczuć się tak samo, udowodnić sobie swoje przekonania, utwierdzić się, że mamy rację.

Gra pt. „I tu Cię mam!“, może prowadzić do potwierdzenia takich przekanań, jak: „Na nikogo nie można liczć“, „Ludzie kłamą“, „Wszyscy mężczyźni/kobiety to….“. Grając w „I tu Cię mam!“ nieświadomie nastawiamy się na wyłapywanie potknięć/błędów drugiej osoby, wcześniej zapewniając ją o swojej sympatii i zaufaniu, o które przecież tak trudno. I jeśli osoba ta lubi grać w „Kopnij mnie“, to połknie haczyk z radością: poczuje się wyróżniona i obieca, że na pewno, na sto procent i nigdy w życiu (!!) nie nadszarpnie tego zaufania. Wiemy już jak to się skończy, prawda?

Wracając do naszych zakochanych, on przez pewien czas zachowuje się jak chodzący ideał, spełnia wszystkie oczekiwania swojej wybranki i nie daje jej powodów do narzekań. Ona jest zachwycona, jednak wciąż podnosi poprzeczkę. On przygotował dla niej kolację, ale nie przyniósł kwiatów, na co ona zwraca mu delikatnie uwagę; przy następnych potknięciach wyraża swój żal troszkę dobitniej. Jednocześnie nigdy nie prosi o nic wprost, on ma się domyślić. On przez jakiś czas jest cierpliwy, ale w pewnym momencie ma dość: wciąż się stara, a ona i tak znajduje powód do niezadowolenia. Zaczynają oddalać się od siebie, a on pewnego dnia zapomina o rocznicy. Ona pyta co się stało, na co on wzrusza tylko ramionami. Awantura gotowa. „Miałaś być cierpliwa, a nic tylko się czepiasz!“, „Myślałam, że jesteś inny, a jesteś taki jak reszta“. Gra może eskalować do momentu, aż np. któreś z nich poszuka kogoś bardziej wyrozumiałego lub godnego zaufania i rozpocznie grę z kimś innym. Kolejny związek w jej i w jego przypadku kończy się tak samo, choć miało być przecież inaczej.

Schemat trudno złamać, jest z nami od tak dawna, że dosłownie wrósł w naszą skórę i podpowiada nam kolejne działania, dzięki którym stanie się jeszcze mocniejszy. To dość pesymistyczyna wizja. Pamiętajmy jednak, że to tylko teoria. Można ją potraktować jako ciekawostkę i inspirację do poznawania siebie. Poza tym analiza transakcyjna mówi o tym, że zawsze można uczyć się innego sposobu wchodzenia w relacje. Można obserwować swoje schematy, uświadamiać sobie prawdziwe pragnienia i lęki, by dzięki temu próbować nowych zachowań i dążyć do bliskości opartej na intymności i zaufaniu. To długa, angażująca, terapeutyczna droga. Nie jest to droga konieczna. Ludzie mogą żyć tak, jak chcą. Mogą próbować się zmieniać lub poddawać się temu co przynosi każdy dzień. Każdy ma prawo wyboru – i to jest jedno z bardziej kojących założeń tej, i nie tylko tej, koncepcji.

Temat poruszony w artykule będzie kontynuowany na warsztacie „W co grają ludzie”, który odbędzie się 21 kwietnia 2012, w naszej Pracowni, szczegóły: http://www.blizej.com.pl/aktualnosci.html