Archive | Styczeń 2012

Miłośnik psychologiczny – odsłona druga: Podstawy związku partnerskiego

Witajcie w kolejnej odsłonie. Na prośbę czytelników pierwszej części „Miłośnika” dzisiejszy odcinek będzie o praktycznej stronie budowania związków, a dokładniej o budowaniu takich reguł w związku, które sprzyjają pojawianiu się partnerskich relacji.

To, co często sprawia, że ludzie pozostający ze sobą w związku nie są z niego zadowoleni, to funkcjonowanie w relacjach hierarchicznych. Zdarza się, że w takich niesymetrycznych parach to jedna z osób zabiega o drugą, to na niej spoczywa odpowiedzialność za szczęście, satysfakcję i dobre samopoczucie drugiej strony; np. mężczyzna musi spełniać oczekiwania kobiety, bo inaczej ona będzie smutna lub obrażona (lub odwrotnie). Inne oblicze niesymetryczności, to sytuacja, gdy jedna z osób w związku ma większe prawa niż druga; np. kobieta musi się tłumaczyć z każdego spóźnienia do domu, mężczyzna zaś nie (lub odwrotnie). W ekstremalnej formie taka niesymetria w związku może doprowadzić do podziału na ofiarę i prześladowcę. Prześladowca jest coraz bardziej przekonany o swoich wyjątkowych prawach, a ofiara staje się coraz bardziej zależna i podporządkowana; w rezultacie w miejsce szacunku, miłości i zaufania mogą pojawić się pogarda, poczucie krzywdy i nienawiść.
Jak zatem sprawdzić czy związki, w które wchodzimy są symetryczne i partnerskie? Oto lista reguł partnerstwa (zapisana kursywą), zaczerpnięta przeze mnie z książki: „Trening partnerstwa”, autorstwa J. Kirschnera (wyd. Helion, 2008), pozostałe komentarze do poszczególnych reguł są moimi refleksjami na ich temat.

1. Razem znajdźcie swoje własne zasady wspólnego życia, zamiast ślepo powtarzać błędy innych.

To, co najczęściej powoduje tworzenie związków hierarchicznych, to powtarzanie wzorców, które wynieśliśmy z domu. Model rodziny patriarchalnej z podległą rolą kobiety funkcjonował przez setki lat. Część z nas budując związki nie zastanawia się nad modelem jaki stworzy, a jedynie odtwarza ten wzór który prezentowali rodzice. Często ludzie dobierają się w pary na zasadzie komplementarności (np. kobieta, która miała dominującą matkę i sama ma takie skłonności, szuka mężczyzny, którego ojciec i on sam byli/są podporządkowani kobietom). Szansa na idealne dopasowanie w związku jest jednak bardzo mała, stąd tak ważne jest świadome ustalenie i zadecydowanie z drugą połówką jak właśnie ten związek ma wyglądać.

2. Nie składajcie sobie nawzajem przyrzeczeń, jeśli nie jesteście pewni, czy będziecie mogli ich dotrzymać.

Ta sprawa wydaje się dość oczywista, złamane obietnice burzą zaufanie i mogą prowadzić do pretensji i rozczarowań. Co jednak w sytuacji, kiedy jedna ze stron wymaga przyrzeczeń, na które ta druga nie jest gotowa? Czy można mieć pewność, że dotrzymam słowa w sprawach takich jak: „Nigdy cię nie zranię”, lub „Nigdy nie spojrzę na żadną inną kobietę”, itp.? Oburzonym spieszę z wyjaśnieniem, że zranienie jest sprawą bardzo subiektywną; niejednokrotnie czujemy się zranieni, choć nikt nie chciał sprawić, byśmy tak się czuli. Obietnica tego rodzaju otwiera pole do manipulacji lub grania roli ofiary i oddala nas od partnerskich stosunków. Oczywiście inną sprawą jest doświadczenie realnej i intencjonalnej krzywdy… ale wtedy trudno mówić o partnerskim, opartym na szacunku i zaufaniu związku.

3. Nie oczekuj od partnera, że stanie się innym człowiekiem, niż był wcześniej, nawet jeśli uroczyście to przysięga.

Przekonanie, że pod naszym wpływem partner zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jest jednym z najbardziej niszczących związki i rozczarowujących mitów. Co tak naprawdę kryje się za chęcią zmiany drugiej osoby? Jest to przekaz „Nie akceptuję cię takim jakim jesteś.”, „Nie godzę się na to, abyś pozostał sobą.” Skoro nie akceptuję i chcę zmieniać, to jak mogę szanować i ufać? Z drugiej strony, jeśli tak bardzo nam ktoś nie odpowiada, dlaczego decydujemy się na pozostawanie w związku z kimś takim? Warto już na wstępie zadać sobie pytanie, z czym jestem w stanie się pogodzić? Co jestem w stanie zaakceptować?

4. Nie wymuszaj niczego na partnerze. Jeśli sam nie wie, co powinien wnieść do związku, tak czy inaczej związek nie przetrwa zbyt długo….

Mocne słowa, a jednak presja na spełnienie oczekiwań pociąga za sobą pojawienie się prób kontrolowania i dominowania (z jednej strony) i prób radzenia sobie z tą kontrolą (przez drugą stronę – np. wycofywanie, lawirowanie, pozorne podporządkowywanie, robienie czegoś na złość, i wiele, wiele innych…). Osoba kontrolująca i wymuszająca zmiany ustawia się w roli wyższej wobec partnera. W takiej sytuacji zamiast partnerskiego związku rozpoczyna się gra w policjantów i złodziei, w której jedna strona próbuje wymusić respektowanie prawa, a druga szuka sposobów jego obejścia…

5. Ciągłe poświęcanie się dla partnera nie pomoże mu. Sprawi jedynie, że w przyszłości zacznie on żądać jeszcze więcej, zapominając o tym, by dać coś w zamian.

O ile próby zmieniania partnera i wymuszania na nim spełniania oczekiwań ustawiają relację w taki sposób, że to partner ma się podporządkować, o tyle próby poświęcania ustawiają relację w przeciwny sposób. To osoba poświęcająca się stawia się na pozycji niższej, próbując swoja uległością zyskać szacunek i miłość partnera. Efekt zazwyczaj jest odwrotny, partner może uznać taki układ za satysfakcjonujący dla niego, wobec tego nie ma potrzeby go zmieniać. Zaczyna być przekonany, że rzeczywiście ma większe prawa, a poświęcenie mu się należy. A skoro się mu należy, to nie trzeba za to dziękować, doceniać ani próbować się odwdzięczyć. W konsekwencji strategia ta może przynieść osobie poświęcającej się frustrację i rozczarowanie, ale na pewno nie szacunek i zadowolenie.

6. Nie jest ważne, kto ma rację, ale co jest korzystne dla obydwu stron. Temu, kto zawsze chciałby mieć rację potrzebny jest nie partner, ale osoba, która go podziwia i nie ma własnego zdania.

W moim poczuciu, to, co bardzo wielu parom uniemożliwia konstruktywne kłócenie się, to stawianie sobie złego celu. Część spośród nas z uporem maniaka próbuje uzyskać potwierdzenie, że miało rację. Wykorzystuje do tego znajomych, rodzinę, przyjaciół, chcąc uzyskać jednoznaczną ocenę potępiającą partnera a aprobującą swoją. Część par potrafi godzinami a nawet dniami ciągnąć awantury, uważając, że zakończenie będzie możliwe gdy już postawi się na swoim. W gabinecie terapeuci też bardzo często wciągani są do wejścia w rolę sędziego i sprawiedliwego osądzenia sytuacji. Pomijając już bezowocność takiego działania, gdzieś z oczu znika najważniejszy cel, że kłótnia ta ma pomóc dojść do porozumienia, do wypracowania nowych, lepszych rozwiązań, do lepszego funkcjonowania związku, a do tego potrzeba nie sędziego, ale dwojga uważnie słuchających się ludzi.

7. Nie oczekuj szczęścia od nikogo oprócz siebie samego. Tylko ten, kto sam jest szczęśliwy, potrafi dzielić szczęście z innymi.

Filmy, sztuka i literatura nauczyły nas myśleć o miłości jako o wybawicielce z parszywego losu. Dziewczynki już od najmłodszych lat czytają o Kopciuszku, który miał podłe życie, ale w końcu doczekał się księcia, który w okamgnieniu odmienił jego żywot. Trudno się więc dziwić, że dla wielu z nas miłość jawi się jako wyzwolenie, ucieczka i wygrana w totolotka, która raz na zawsze pozwoli nam zapomnieć o problemach. Kiedy zjawia się miłość, cóż za rozczarowanie! Przecież on nie odgaduje moich uczuć, nie domyśla się czego chcę, nie zasypuje kwiatami, w dodatku nie jest tak drętwo idealny jak Królewicz z bajki! No cóż, życie to nie bajka… problemy które nosimy w sobie, są problemami do rozwiązania przez nas. Jeśli ktoś jest bardzo niepewny siebie, to choćby usłyszał trzy tysiące komplementów dziennie – nie przyjmie ich i nawet Królewicz będzie bezradny. Podstawowa zasada partnerskich związków mówi: „wspólne problemy rozwiązujemy wspólnie, z indywidualnymi problemami, każdy musi uporać się sam”.

8. Sama miłość nie rozwiązuje problemów. Raczej stwarza nowe.

Czasem tak trudno ludziom radzić sobie z samymi sobą, a co dopiero w sytuacji, gdy spotykają się dwie osoby, każda z własnym bagażem doświadczeń, każda z własnym wzorcem związków, każda z własnymi marzeniami, planami, oczekiwaniami, rozczarowaniami i zranieniami. Nagromadzenie możliwych konfliktowych interakcji jest przeolbrzymie! O tym w bajkach nic nie mówią, ale zawsze słysząc „…i żyli długo i szczęśliwie…” nie mogłam powstrzymać się przed wyobrażaniem sobie karczemnej awantury w zamku o to, kto dziś zmywa naczynia!

9. Lepiej kłócić się zawzięcie przez godzinę, niż ze strachu albo przez wzgląd na innych skrywać wszystkie problemy.

Podstawą związków opartych na partnerstwie jest otwartość. W sytuacji, kiedy jedna ze stron przemilcza coś, ta zasada zostaje nadszarpnięta. Jeszcze gorzej dzieje się wtedy, gdy jedna ze stron wprawdzie nie mówi nic o tym, co przeżywa, ale w pamięci skrzętnie notuje kolejne rozczarowania i złość na partnera. Prędzej czy później nastąpi wybuch, a wówczas litania zapamiętanych żali i pretensji zaleje związek. O ile łatwiej byłoby radzić sobie z jednym na raz!

10. Każda agresja skierowana przeciwko partnerowi jest złością, z którą sam sobie nie poradziłeś.

Kolejny mit, z którym warto się rozprawić dotyczy emocji. Każdy z nas jest odpowiedzialny za emocje jakie przeżywa. Bardzo często jednak przypisujemy je innym ludziom. Mówimy „To ty mnie zezłościłeś” albo „Przez ciebie jestem taka smutna”. Otóż NIE – to co czujemy należy do nas, to my mamy wpływ na to co przeżywamy. To ode mnie zależy, czy gniew na partnera będę w sobie podsycać czy wyciszać. To ode mnie zależy, czy będę szukać sposobów, aby w sytuacji, która mnie złości odzyskiwać poczucie wpływu, czy pogrążę się w roli ofiary. To ode mnie zależy czy będę dostrzegała swój udział w zaistniałej sytuacji, czy winy będę szukać tylko po jednej stronie.
Uff, na dziś wystarczy… niedługo ciąg dalszy – o pięciu podstawowych zasadach, jakie warto wprowadzić do związku, aby zbliżyć go do partnerskiego ideału…

Zapraszamy do udziału w grupie psychoedukacyjno-rozwojowej „Miłośnik psychologiczny”. Grupa skierowana jest do osób – kobiet i mężczyzn – pragnących w świadomy, dojrzały sposób budować związki z ważnymi dla siebie ludźmi. Jest to też miejsce dla tych, którzy w poszukiwaniu drugiej połówki wciąż powtarzają te same, nieskuteczne strategie oraz dla tych, którzy w swoich dotychczasowych relacjach nie znajdują spełnienia i satysfakcji.
Start grupy 17.05. Więcej szczegółów w linku poniżej.
ZAPRASZAMY!

http://www.blizej.com.pl/psychoedukacja.html

„Wzywam policję” Irvin D.Yalom (2011) Instytut Psychologii Zdrowia, Warszawa

          Instytut Psychologii Zdrowia wydał kolejną pozycję autorstwa Irvina D. Yaloma – „Wzywam policję”. Przyznam szczerze, że po tej lekturze mam pewien niedosyt, zwłaszcza że Yalom zdążył już przyzwyczaić nas do obszerniejszych książek.

Mój niedosyt wynika chyba przede wszystkim z tego, że opowiadania pisane przez niego wciągają, angażują i nie pozwalają się od nich oderwać, a tymczasem jego nowa pozycja ma raptem 40 stron. Na tych stronach jednak wiele się dzieje, autor opowiada historię swojego przyjaciela wybitnego kardiochirurga, który żyjąc w ekstremalnym przepracowaniu, kurczowo trzyma się takiej strategii. Gdy do głosu po latach dojdą jego największe obawy i lęki, wówczas okaże się jak ważną rolę ten sposób działania pełnił w jego życiu i w radzeniu sobie z najkoszmarniejszymi wspomnieniami czasu Holocaustu.

Yalom opowiadając historię Boba Bergera opisuje potęgę nieświadomych mechanizmów radzenia sobie, konsekwencje ich działania, a także moment, w którym główny bohater, pod wpływem zagrożenia życia zaczyna odkrywać to, co ukrył przed samym sobą wiele lat temu. Yalom pokazuje także drogę, w jakiej towarzyszył przyjacielowi, próbującemu przezwyciężyć trwogę traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Wszystko to, jak zawsze u Yaloma opowiedziano zostało prosto, ale z zaangażowaniem i subtelnie, ale z mocą.

Na koniec czeka nas jeszcze wywiad z pisarzem, który udziela odpowiedzi na pytania związane zarówno ze swoją terapeutyczną praktyką jak i na te osobiste – o znaczeniu przyjaźni między nim a Bobem i ich wieloletniej „zmowie milczenia” dotyczącej przeszłości głównego bohatera.

Dla tych, którzy tak jak ja czekają na więcej, a którzy lubią yalomowskie powieści  (takie jak „Kuracja według Schopenhauera”, „Kiedy Nietzsche szlochał” czy „Leżąc na kozetce”)  – drobne pocieszenie: na 2012 rok zostało zaplanowane wydanie kolejnej książki autora pod tytułem „Problem Spinozy”, zatem „Wzywam policję” traktuję jako terapeutyczną przystawkę do (już) tegorocznego dania głównego.

Wszystkich, których interesuje postać Irvina D. Yaloma, odsyłam do jego oficjalnej strony internetowej, na której znajdziecie między innymi szczegółowe informacje biograficzne, wydane książki, a także przeprowadzone z nim wywiady, niedawno prowadzone wykłady i otrzymane nagrody.

http://yalom.com/

Miłośnik psychologiczny – o związkach od (psychologicznej) kuchni

Ostatnio obejrzałam film „Blue Valentine” (reż. Cianfrance), opowiadający historię rozpadającego się małżeństwa. Na pytanie co takiego stało się między bohaterami, że ich wzruszająca kiedyś miłość zaczęła się kończyć, przychodziło mi mnóstwo różnych, często sprzecznych odpowiedzi. Refleksje jakie przyszły mi do głowy po tym filmie skłoniły mnie do napisania czegoś z psychologicznej perspektywy o związkach. Temat nie jest prosty; trudno uniknąć w nim truizmów, a jednocześnie dotyka szalenie złożonej materii, bo z czego składają się nasze związki? Każdy z nas wnosi do nich swoją historię, doświadczenia wyniesione z wcześniejszych relacji, swoje obawy, lęki, zranienia, swoje nadzieje, oczekiwania, marzenia. Każdy wnosi też swoją wizję związku i jego kształtu, ale też swoje wyobrażenie – czasem bliższe rzeczywistości, czasem dalsze – dotyczące tej drugiej osoby, z którą się wiąże. Już sam ten „wkład” wnoszony przez każdego z partnerów może stać się zarzewiem konfliktów, rozczarowań i nieporozumień; a to dopiero początek…

Pomyślałam więc, że może warto o miłości, związkach, bliskości, ale też trudnościach w bliskich relacjach opowiedzieć trochę z perspektywy psychologiczno-terapeutycznej. Wielu znanych i cenionych badaczy tej dziedziny włożyło swój wkład w rozumienie tego, co dzieje się między dwojgiem ludzi. Chciałabym o ich odkryciach napisać na nowo, gdyż mam poczucie, że w zalewie poradnikowej wiedzy na temat tego „Jak rozpalić jego zmysły” lub „Jak podgrzewać atmosferę w swoim związku”, gdzieś ucieka istota tego, czego każdy z nas szuka w kontakcie z drugim człowiekiem…
Wybór tematów „związkowych”, o których będę tu pisać jest moją subiektywną grupą obszarów i wiedzy przydatnych w byciu blisko, choć pewnie nie jest jedyną, ani wyczerpującą listą koncepcji psychologicznych poruszających ten temat. Można zatem potraktować ją raczej jako impuls do przyglądania się swojemu związkowi i sobie w tym związku. A może dzięki temu będzie w nim cieplej, bliżej i MIŁOŚNIEJ…?

Odsłona pierwsza: STYL PRZYWIĄZANIA

To, w jaki rodzaj relacji w dorosłym życiu będziemy wchodzili, w dużej mierze zależy od tego, jak opiekowano się nami w najwcześniejszym okresie życia. Już kilkadziesiąt lat temu badania Rene Spitza dobitnie wskazały, że człowiek bez innych ludzi wokół siebie po prostu nie może żyć. I nie chodzi tu tylko o zależność noworodka od karmienia go czy przewijania przez dorosłego opiekuna. Otóż Rene Spitz udowodnił, że brak kontaktu dziecka z opiekunem polegającego na dotykaniu, przytulaniu, głaskaniu, całowaniu prowadzi do gwałtownego obniżenia odporności układu immunologicznego i nerwowego. W skrajnych przypadkach brak kontaktu dziecka z kimś, kto się o nie troszczy może doprowadzić do takiego osłabienia organizmu, które kończy się śmiercią, nawet pomimo dobrej opieki poza emocjonalnej. Te dzieci, które otrzymały niezbędne minimum czułości, aby przeżyć rozwijały się fizycznie i psychicznie znacznie lepiej. Jak to zbadał?

Spitz porównywał wychowywanie dzieci w czystym i schludnym przytułku, w którym pracowały wykwalifikowane pielęgniarki z więziennym żłobkiem, w którym warunki były znacznie gorsze, ale gdzie dzieci miały swobodny kontakt z matkami. W ciągu dwóch pierwszych lat życia umarła jedna trzecia dzieci z przytułku i żadne dziecko z więziennego żłobka. Na trzydzieści dzieci z przytułku tylko jedno rozwijało się prawidłowo – to, które pielęgniarki uznały za ładne, które dotykały i głaskały.
Brzmi przerażająco, wiem, z drugiej strony dopiero jego badania zmieniły myślenie lekarzy i rodziców o tym, co dla rozwoju dziecka jest najważniejsze.
Dla tych, o mocnych nerwach fragment filmu dokumentalnego o konsekwencjach skrajnej deprywacji emocjonalnej:

Jeśli jednak tak bardzo potrzebujemy innych ludzi, dlaczego tak wielu z nas ma problemy z byciem blisko? Dlaczego tak wielu ludzi jest samotnych? Jak to się dzieje, że tęsknimy za kontaktem z kimś bliskim, a jednocześnie możliwość tego kontaktu napawa nas przerażeniem? Dlaczego ci, których kochamy, budzą w nas czasem wściekłość i nienawiść?

Jakaś cząstka odpowiedzi na to pytanie mieści się w stylu przywiązania jaki kształtuje się u każdego człowieka w najwcześniejszych relacjach z bliskimi. Część z dorosłych ludzi jako dzieci miała dużo szczęścia – ich rodzice byli ciepli, troskliwi, czuli, uważni na ich potrzeby. Rodzice szybko nauczyli się rozróżniać jaki rodzaj płaczu oznacza „chcę jeść” , jaki „mam mokro”, a jaki „niech mnie ktoś przytuli i przyniesie ulgę”.

U takich dzieci rozwija się styl przywiązania bezpiecznego, a w okresie dorastania i później w dorosłym życiu, staje się on źródłem zasobów w relacjach z rówieśnikami, kolegami, przyjaciółmi, rodziną, współpracownikami… Osoby o bezpiecznym stylu przywiązania są otwarte, ciepłe, chętnie wchodzą w kontakty z innymi, a po tych kontaktach spodziewają się czegoś dobrego, wierzą w dobre intencje innych, potrafią pochwalić, pocieszyć, powiedzieć coś miłego i czerpią z tego radość. Kontakty z innymi są dla nich źródłem energii, przyjemności i ważnym elementem ich życia. Takim osobom łatwiej przychodzi nawiązywanie relacji, ale przede wszystkim ich podtrzymywanie. Potrafią dbać o bliskich, dbać o bliskość i intymność w relacjach, a nieporozumienia są czymś, co rozwiązuje się po to, aby przywrócić pozytywną, bezpieczną więź.

Niestety część z maluchów rozwija się w mniej sprzyjających warunkach, ich rodzice rzadziej lub wcale nie reagują na płacz, „nie rozpieszczają” tuleniem, kołysaniem, mówieniem do dzieci. Kiedy już biorą dziecko na ręce, rzadko nawiązują z nim kontakt wzrokowy, czasem są tak pochłonięci własnymi problemami, zmartwieniami, są tak przygnębieni, że nie znajdują w sobie ciepła i czułości dla dziecka. Stopniowo maluch uczy się przykrych prawd o świecie i bliskich mu ludziach. Uczy się, że nie ma sensu za dużo płakać, bo i tak nikt nie przyjdzie (rodzice mówią wówczas: „nie można go uczyć, że będziemy na każde jego zawołanie”, a po takim treningu, mówią, że dobrze dziecko wychowali, skoro potrafi leżeć w łóżeczku dłuuuugo i nie płakać). Uczy się także, że nie ma sensu zgłaszać własnych potrzeb, bo nakarmionym będzie się o konkretnej porze, a nie wtedy gdy się jest głodnym. Zaczyna też kojarzyć, że kontakt z opiekunem to czas wzmożonego napięcia, zdenerwowania i stresu. Pomału tworzy się w nim wzór relacji z innymi oparty na lęku i chęci unikania.

Osoby o lękowo-unikającym stylu przywiązania uczą się dwóch podstawowych zasad: „Mogę liczyć tylko na siebie” i „Bycie blisko z drugim człowiekiem napawa mnie lękiem, więc muszę tego unikać”. Największym dramatem tych dzieci, a później dorosłych jest to, że pomimo lęku i unikania, nadal pragną bliskości. Pozostają więc w ciągłym konflikcie pomiędzy unikaniem lęku a znoszeniem frustracji związanej z samotnością. W dorosłym życiu często odrzucają czułości, ukrywają swoje uczucia, starają się być samowystarczalne, boją się bliskości i nie ufają innym, a bliski kontakt z drugim człowiekiem (taki jak przytulenie) napawa je przerażeniem. Z drugiej strony, bardzo często czują się mało wartościowe, niekompetentne, są nieśmiałe i boją się odrzucenia. To, co prezentują światu to pozorna niezależność, jednak w środku bardzo przeżywają wszelkie sygnały świadczące o braku akceptacji czy odrzuceniu ze strony innych. Ponieważ jako dzieci nauczyły się nie czekać na ukojenie przez opiekunów, w sytuacjach stresu, kryzysu – wycofują się, nie szukają wsparcia, próbują radzić sobie sami.

Teraz wyobraźmy sobie, że w związek wchodzi dwoje ludzi o lękowo-unikającym stylu przywiązania, wszak tylko w takiej konfiguracji natężenie bliskości będzie dla nich do zniesienia. Łatwo przewidzieć jednak, że w takim związku obojgu będzie czegoś brakowało, oboje będą tęsknili za bliskością, a jednocześnie będą mogli nawzajem obwiniać się za jej brak. Gdy w związku nastąpi kryzys, każde będzie radziło sobie w samotności, jednocześnie marząc o uzyskaniu wsparcia. Gdyby jednak to wsparcie się pojawiło – bardzo prawdopodobne, że odrzuciliby je ze strachem, jako zbyt zagrażające. Są jednak też takie związki, które na tej zasadzie doskonale funkcjonują, a każde z partnerów żyje własnym życiem obok partnera. Dobrym przykładem są choćby małżeństwa marynarzy, w których nie bez przyczyny największe kryzysy pojawiają się dopiero po przejściu na emeryturę…

Teraz wyobraźmy sobie inną sytuację. Maleńkie dziecko płacze w łóżeczku, próbując w ten sposób dać znać, że jest mu źle, niekomfortowo i potrzebuje przytulenia. Opiekun reaguje, przychodzi, jednak zamiast wzięcia na ręce i ukołysania, najpierw zmienia pieluchę, później próbuje dać jeść, a widząc, że dziecko płacze coraz głośniej, zaczyna denerwować się i w końcu zostawia je w łóżeczku myśląc, że wszystkie pragnienia dziecka są zaspokojone i potrzebuje ono jedynie czasu żeby się uspokoić. Oczywiście, takie sytuacje zdarzają się każdemu dziecku, jednak jeśli ten rodzaj reakcji utrwala się, a opiekun nie potrafi prawidłowo odczytywać potrzeb dziecka, wówczas może wytworzyć się u dziecka styl przywiązania lękowo-ambiwalentny.

Pod wpływem powtarzających się takich doświadczeń z opiekunem, dziecko uczy się, że jego potrzeby są ignorowane lub opacznie rozumiane i interpretowane. Może czuć zagubienie w tym czego właściwie potrzebuje (Kto wie lepiej? Ja czy mama?), uczy się, że inni ludzie są nieprzewidywalni, nie zaspokajający i nieczuli na wysyłane sygnały. Uczy się też, że kontakt z innymi wiąże się z rosnącym napięciem, frustracją i niezadowoleniem, a nie poczuciem ulgi. O ile u dzieci lękowo-unikających, ulga pojawia się poprzez tłumienie potrzeb lub próby zaspokojenia ich samodzielnie, to u dzieci lekowo-ambiwalentnych ulga pojawia się dopiero po skrajnym napięciu, płaczu, histerii, w wyniku zmęczenia, wyczerpania sił i wyładowania emocji.

Osoby o tym stylu przywiązania są pełne ambiwalencji – bardzo chcą odczuć ulgę, uzyskać uspokojenie od kogoś bliskiego, jednocześnie jednak są pełne złości, pretensji i roszczeń wobec tych osób. Odpychają tych których kochają, a jednocześnie bardzo chcą być blisko. Potrafią ranić słowami, odrzucać i czekać jednocześnie, że bliska osoba to przetrzyma i będzie nadal kochać. Gdy spotykają się z odmienna reakcją – wycofaniem, odrzuceniem – próbują eskalować płacz, wymusić miłość złością i agresją.

Jak może wyglądać związek z osobą o takim stylu przywiązania? Gwarantowane są w nim intensywne, skrajne emocje, często nieufność i złość w neutralnych sytuacjach, częste przypisywanie złych intencji partnerowi i ciągła huśtawka pomiędzy miłością a nienawiścią…

Oczywiście opis jakiego tu dokonałam jest pewnym schematem i uproszczeniem, „esencją” charakterystycznych zachowań przypisanych różnym stylom przywiązania. Najczęściej spotykamy się w życiu z mieszankami różnych stylów lub delikatnymi wahnięciami w kierunku któregoś z nich. Często nie zdajemy sobie sprawy jak wiele zachowań, słów, uczuć, które kierujemy w stronę partnera/partnerki ma swoje uzasadnienie w zupełnie innym czasie, w zupełnie innym kontekście, ile z nich kierowanych było pierwotnie do kogoś zupełnie innego…

I choć kłopoty z jakimi borykają się ludzie, którzy nie mieli szczęścia do doświadczenia bezpiecznego stylu przywiązania, często są powodem ogromnego cierpienia, to jednak nikomu z nas nie została odebrana pamięć tęsknoty za ciepłem, bliskością i obecnością drugiego człowieka.
W końcu, każde dziecko, bez wyjątku, przychodząc na świat daje mu znać, że go potrzebuje. Na tym pierwszym, najwcześniejszym etapie nikomu z nas nie przychodzi do głowy, żeby obyć się bez świata…

Zapraszamy do udziału w grupie psychoedukacyjno-rozwojowej „Miłośnik psychologiczny”. Grupa skierowana jest do osób – kobiet i mężczyzn – pragnących w świadomy, dojrzały sposób budować związki z ważnymi dla siebie ludźmi. Jest to też miejsce dla tych, którzy w poszukiwaniu drugiej połówki wciąż powtarzają te same, nieskuteczne strategie oraz dla tych, którzy w swoich dotychczasowych relacjach nie znajdują spełnienia i satysfakcji.
Start grupy 17.05. Więcej szczegółów w linku poniżej.
ZAPRASZAMY!

http://www.blizej.com.pl/psychoedukacja.html