Ciepłe i puchate – tanio, od zaraz!

KlubKobiet


Artykuł został opublikowany w kwartalniku Klub Kobiet. Miara Sukcesu NR 2 (1) – 2011

Polecamy: http://klubkobiet.com.pl/

Dawno dawno temu, w małym miasteczku żyli ludzie kultywujący ciekawą tradycję. Otóż każdy z mieszkańców nosił przy sobie małe pudełko, a w nim „ciepłe i puchate”. Trudno wskazać konkretniejszą nazwę dla zawartości pudełka. Ciepłe i puchate – tak mówili o tym mieszkańcy od dziada pradziada i nikt się nad tym głębiej nie zastanawiał. „Ciepłym i puchatym” należało się wymieniać. Jak tylko oddało się trochę, zawartość przyrastała z naddatkiem. A że „ciepłe i puchate” spełniało wiele pożytecznych funkcji, wszyscy chcieli mieć tego jak najwięcej. Można się tym było owinąć w zimny dzień, opatrzeć rany, dodać do zupy, ozdobić okna, gdy oczekiwało się gości.  Wszyscy więc dzielili się, częstowali, owijali w kolorowe papiery i zostawiali sobie „ciepłe i puchate” na progach domów. Bez szczególnej okazji. Taki był zwyczaj. Dobrze się wiodło mieszkańcom miasteczka. Byli dość szczęśliwi i zdrowi. Nieszczęścia zaglądały do nich rzadko i nie pozostawiały większych spustoszeń. Jak to jednak w bajkach bywa pojawił się kłopot w postaci czarownicy. Nie wiadomo skąd przyszła. Pewnego dnia po prostu zjawiła się by knuć.  Zaczęła rozpowiadać, że w sąsiednim mieście ludzie zbyt często dzielili się „ciepłym i puchatym”, aż w końcu się skończyło. Teraz nie mają nawet małego kłaczka. Ludzie zmartwieli. Najpierw ograniczyli rozdawanie do specjalnych okazji, potem do jednego corocznego święta  przeznaczonego specjalnie na ten cel, by w końcu schować pudełka na dno szafy i pilnować zazdrośnie. Nie trudno zgadnąć co było dalej. W mieście zaczęło dziać się źle. Mieszkańcy chorowali, kłócili się, ograniczali wzajemne kontakty – nie mogli na siebie patrzeć. Czarownica patrzyła na katastrofę z dziką satysfakcją.

To moja wersja „Bajki o ciepłym i puchatym” – bajki, którą zna każdy, kto zetknął się z teorią Analizy Transakcyjnej (AT). Jedną z teorii psychologicznych.

Bajka ma na celu zobrazowanie jednego z ważniejszym elementów teorii AT – głasków, inaczej znaków rozpoznania. Teoria głasków mówi o tym, że do zdrowego funkcjonowania człowiek potrzebuje kontaktu z innymi, potrzebuje czuć, że ludzie go widzą. Potwierdza to jego istnienie, a także jego wartość i znaczenie dla innych. Jako niemowlę człowiek dostaje bardzo dużo głasków – jest dotykany, przytulany, pielęgnowany, karmiony, przewijany itp. Jest całkowicie zależny, tak więc kontakt z innymi warunkuje jego przetrwanie. Wraz z rozwojem zmienia się rodzaj otrzymywanych głasków– zmniejsza się liczba fizycznych, a zwiększa liczba społecznych. Nie zmienia się ich waga – wciąż są niezbędne dla zdrowego życia. Dlatego wymieniamy się znakami rozpoznania, pozdrawiając się, witając, zapytując o pogodę, wymieniając uwagi nad kserokopiarką w pracy, chodząc na spotkania ze znajomymi, angażując się we wspólne projekty. Robimy to by być z innymi.

Dobrze jest dostawać głaski pozytywne, czyli przyjemne, takie jak buziak, dobre słowo, przytulenie. Takie, które mówią „dobrze cię widzieć”, „kocham cię”, „będę za tobą tęsknić”, „bez ciebie to nie to samo”. Dostajemy i rozdajemy też głaski negatywne, te nie są przyjemne i nie lubimy ich dostawać. Popchnięcie, wyśmiewanie,  odtrącanie – nic miłego.  Takie głaski spełniają jednak swoją podstawową funkcję – są informacją, że jesteśmy dostrzegani. Dostając przysłowiowego kopa w tyłek człowiek nie ma wątpliwości, że został dostrzeżony. Nie jest to może najszczęśliwsza forma kontaktu, ale „lepszy rydz niż nic”.

W bajce o „ciepłym i puchatym” opowiada się czasem, że czarownica namówiła ludzi by zamiast „ciepłego i puchatego” rozdawali sobie „zimne i kolczaste”. Tak by nie zostawić ich z niczym. Nie od dziś wiadomo, że dzieci rozrabiają, żeby zwrócić na siebie uwagę. Rodzice nie widzą mnie jak siedzę w pokoju i odrabiam lekcje… jak stłukę żyrandol, zobaczą mnie na pewno. A o to przecież chodzi. Nie są to świadome działania dziecka, to nie zimna kalkulacja – to instynkt przetrwania. Jako dorośli robimy to samo. Znamy takich ludzi, którzy swoim zachowaniem doprowadzają innych do szału, aż proszą się o porządnego kopniaka i jednocześnie są absolutnie zaskoczeni i rozżaleni gdy w końcu nadchodzi– prawdopodobnie nieświadomie powtarzają schemat, który w dzieciństwie był skuteczny. Teraz trochę się zdezaktualizował, ale przecież trudno zrezygnować z przyzwyczajeń. Każdy ma swój schemat. Cudze schematy widzimy jak na dłoni – swoich nie widzimy wcale. Tak to jest urządzone.

Dobra wiadomość jest taka, że nie musimy czekać, aż ktoś nam coś podaruje. Możemy zadbać o siebie sami. Aby to było możliwe, warto skontrolować, co mówimy do siebie na co dzień. Czy chwalimy się za sukcesy, czy ganimy się za porażki. I który przekaz jest silniejszy. Często bywa, że ten drugi. Chwalimy się dyskretnie albo wcale, nawet za duże osiągnięcia. Za małe przewinienia biczujemy się do upadłego. Nie każdy tak ma. Na szczęście. Jednak ma tak wielu z nas i jeśli zauważasz te symptomy u siebie, to pora się zastanowić. Negatywne głaski maja wielka moc. Karząc się dostarczamy sobie bardzo dużo wrażeń: czujemy się podle, boli nas brzuch, głowa i cała reszta, płaczemy, świat jest zły, my jeszcze gorsi. Dzieje się. Jest też znajomo, wiemy jak się w tym odnaleźć. Jednocześnie to nie jest dla nas dobre. I przecież to wiemy, ale wciąż robimy tak samo. Zmianę zaczynamy od małych rzeczy – możemy zacząć od drobnych przyjemności.  Gorąca kąpiel pod koniec dnia to już klasyk. Ale skuteczny. Książka, film, spacer, taniec – każdy wie, co lubi. Fundujmy sobie rozrywki, na które mamy ochotę. Nie ma być ambitnie, ma być frajda. No i słowa. Mówmy do siebie i o sobie – dobrze. Podkreślajmy swoje zalety, przymknijmy oko na wady. Niedawno natknęłam się na taki cytat: „Należy swoje ułomności nosić jak szaty królewskie, ze spokojem. Jak aureolę, którą lekceważymy, udając, że jej nie dostrzegamy.” Namawia Cesar Moro. Myślę, że warto wziąć sobie do serca.

Teoria głasków nie mówi o niczym nowym. Zachęca by być dobrym dla siebie i innych, w imię szczęścia i zdrowia. Mówi też o tym, że im więcej dobrego wypuścisz, tym więcej dostaniesz. W moim domu mówiło się „Dobre słowo nic nie kosztuje, a popłaca!”. No i mam taki osobisty nawyk rozdawania go tu i tam. Zawsze wraca. Nie zawsze z oczekiwanej strony. I dobrze. Nie może być zbyt różowo.

Bajka o „ciepłym i puchatym” ma szczęśliwe zakończenie. Sytuację ratują dzieci. Nieświadome niczego znajdują podczas zabaw ukryte, zakurzone już mocno pudełko, rozrzucają „ciepłe i puchate” w okolicy. Ludzie budzą się z otępienia. Tradycja wraca na prawidłowe tory, a czarownica pakuje manatki. Morał bajki jest oczywisty.

Mamy teraz luty, który zawiera w sobie walentynki. Zawsze trochę irytowało mnie to wydarzenie i jego sztuczny, plastykowy posmak. Z drugiej strony każda okazja do wyrażenia uczucia jest dobra, nawet ta skomercjalizowana. Z okazji tego kiczowatego dnia dostałam kiedyś ręcznie wykonany rysunek serca z napisem „dla Ciebie” od malucha z grupy, którą uczyłam. Zdecydowanie jedno z najmniej kiczowatych wydarzeń w moim życiu. Bardzo ciepłe i bardzo puchate. Polecam każdemu.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s