Archive | Listopad 2011

Zawodnicy do narożników! Czyli o grach między ludźmi.

KlubKobiet

Polecamy: http://klubkobiet.com.pl/

Tematem numeru miały być firmy rodzinne. Co można powiedzieć na ten temat z perspektywy psychologicznej? Doszłam do wniosku, że niewiele. Postanowiłam jednak przedstawić Państwu pewną teorię dotyczącą relacji międzyludzkich, która  rzuca interesujące światło na powody, dla których takie firmy powstają. Proszę jednak potraktować ten artykuł jako ciekawostkę i nic ponadto.

Teoria gier między ludźmi, którą mam na myśli, wskazuje że ludzie dla komfortu psychicznego muszą mieć wokół siebie innych ludzi. Jakość relacji nie jest najważniejsza, najważniejsze jest to, że jest. Najkorzystniejsze relacje to takie, które oparte są na bliskości i zaufaniu. Jednak pozostawanie w takiej relacji wiąże się z ryzykiem, gdyż oparta jest ona na zależności, zdrowej i dobrej, ale jednak. Zależność emocjonalna jest przez wielu z ludzi nieświadomie odrzucana, wywołuje lęk, nawet strach – ludzie boją się odrzucenia i zranienia. Dlatego wielu z nas woli dystans od bliskości i ostrożność od zaufania. Jednak wciąż potrzebujemy innych ludzi. Aby móc z nimi być wybieramy inny sposób tworzenia relacji: gry.

W codziennym użyciu są sformułowania takie jak: „pogrywać sobie“, „uprawiać gierki“, które odnoszą się do nieuczciwego sposobu funkcjonowania społecznego. Gry mogą być świadome i nieświadome. Możemy celowo zachowywać się nieuczciwie, manipulować innymi, oszukiwać, ale możemy też robić to bez świadomej intencji, powodowani wewnętrznym schematem i potrzebą kontaktu z innymi. Teoria zwana analizą transakcyjną, której elementem jest teoria gier międzyludzkich, twierdzi, że gramy wszyscy. Jedni więcej, inni mniej. Różnimy się poziomem zaangażowania w gry, zawziętością: niektórzy z nas potrafią odpuścić, inni grają do ostatniej kropli krwi.

Gra wymaga obecności zawodników. Każdy może zająć jedną z ról, które noszą nazwę trójkąta dramatycznego. Role to: ratownik, prześladowca i ofiara. Ofiara poddaje się wpływom, spełnia życzenia, często czuje się wykorzystana, może żyć w poczuciu poświęcania się. Jest bezustannie zdziwiona ludzką niegodziwością i jednocześnie nigdy się przed nią nie broni. Pokornie poddaje się swojemu losowi, licząc na bliżej nieokreśloną nagrodę, która nigdy nie nadchodzi. Prześladowca prześladuje. Wykorzystuje okazje i ludzi, wywyższa się, ma poczucie, że wszystko mu się należy, a inni służą do tego, żeby mu to „wszystko“ dostarczyć. Nie widzi ludzi tylko własne w nich odbicie. Ratownik spieszy z pomocą, jest uczynny i zawsze na posterunku. „Karmi się“ błyskiem podziwu i wdzięczności w oczach uratowanych. Czuje się silny, zaradny, potrzebny, bywa, że łatwiej mu działać w imieniu innych, na fali „bożego gniewu“, niż w swoim własnym. Każdy ma rolę, w której bywa najczęściej, ale bywamy w każdej. Niektórzy najlepiej odnajdują się w roli ofiary, inni prześladowcy.

Skoro role zostały nazwane możemy zagrać. Posłużmy się przykładem. Załóżmy, że jesteśmy w nieciekawym położeniu, nie wiemy co zrobić (ustawiamy się w pozycji ofiary). Wyżalamy się koledze (w tej rozgrywce będzie on ratownikiem), który wysłuchawszy nas postanawia zmotywować nas do działania. Wówczas my tłumaczymy mu, że w tej sytuacji nic się nie da zrobić. Jest beznadziejna. Jednak on nie rezygnuje, a my po kolejnym „Nie daj się!“ z jego strony czujemy się coraz bardziej poirytowani. Czujemy się tak bo mieliśmy ochotę pograć w grę zwaną „To straszne!“. Polega ona na tym, że jedna osoba opowiada o niesprawiedliwościach jakie ją spotkały, a druga potakuje, marszczy czoło, wzdycha, wydając z międzyczasie okrzyki oburzenia. Następnie gracze rozstają się kwitując: „No widzisz, co zrobisz – nic nie zrobisz, takie życie“, Każdy wraca do domu trochę pognębiony, ale w skrytości ducha ciut lżejszy i rozgrzeszony: „Nic nie robię, bo nic się nie da zrobić. I spokojnie mogę tak dalej“. Nasz kolega nie rozumie zasad tej gry, być może nikt z nim wcześniej nie grał albo nie jest to jego ulubiona gra. Wówczas my zmieniamy taktykę i zadajemy pytanie, które może zmienić grę, na taką którą ten zna i rozumie, a która nam pozwoli na mała zemstę na małym mądralińskim: „No to co byś zrobił na moim miejscu?“. Grunt pod nową grę został przygotowany, teraz jego ruch. Czy podejmie rękawice? Na potrzebę naszego przykładu musi to zrobić, więc decyduje się na udzielenie rady: „Zrobiłbym to i to“. My kiwamy spokojnie głową, rozmowa dobiega końca, tak jak i runda numer jeden. Gong. Gra jest jednak w toku. Skończy się gdy spotkamy się z tym kolegą w następnym tygodniu i powiemy mu (już w roli prześladowcy), że zastosowaliśmy się do jego rad i tak jak się spodziewaliśmy nic z tego nie wyszło, przecież mówiliśmy od samego początku, że nic się nie da zrobić!! Teraz jest nawet gorzej! Jeżeli mamy chęć na większy dramatyzm możemy mu powiedzieć gdzie może sobie swoje rady wsadzić. Teraz każdy dostaje to czego szukał: My przeżyjemy wewnętrzną satysfakcję typu: „I co, takiś mądry? Coś nie bardzo!“, a kolega może czuć się zmieszany, wściekły – to co przywykł czuć w takich sytuacjach. Jeśli lubi kończyć w pozycji ofiary, zmiesza się i przeprosi, jeśli lubi kończyć w pozycji prześladowcy, odeśle nas do stu diabłów.

Przedstawiona gra mogłaby mieć dużo „ciekawszy“ przebieg, gdyby wydarzyła się między małżonkami. Mąż i żona mogą przestać się do siebie odzywać na jakiś czas, mogą wypomnieć sobie, że „zawsze jest tak samo“, ktoś „nigdy nie słucha“, ktoś „nigdy nie rozumie“. Po kilku takich rozgrywkach, któreś z nich może poszukać sobie kogoś kto rozumie lepiej i rozpocząć kolejną, dużo bardziej nieprzyjemną grę.

Gry zawsze prowadzą do silnych, negatywnych emocji: poczucia krzywdy, żalu, wściekłości, podszytej zawiścią satysfakcji. Według teorii emocje stanowią swoistą walutę w tych rozgrywkach, są „kolekcjonowane“. Każdy zbiera to co lubi, to do czego został przyzwyczajony. Gdy uzbierana zostanie odpowiednia ilość, może być wymieniona na „nagrodę“, np.: „Mam dziś wszystkiego dość, zasłużyłem na mocnego drinka“. „Kolekcje“ można też przeglądać, przypominać sobie ile krzywd doznaliśmy, kiedy i od kogo – pogrążać się tym samym w poczuciu beznadziei, w poczuciu, że nikomu nie można ufać.

Aby zagrać w grę musimy zarzucić przynętę, a żeby to zrobić musimy wiedzieć jaką, musimy znać słabość drugiego gracza. Nasz kolega z przykładu prawdopodobnie lubi czuć się mądry i niezbędny, dlatego pytanie „Co byś zrobił na moim miejscu?“ nie pozostało bez echa. Haczyk został złapany.

Czyż rodzina nie jest najlepszym miejscem do grania? Wszyscy znają się na wylot, wiedzą o swoich ciemnych stronach – można zaszaleć. I pewnie interesy rodzinne mogą być podstawą do niekończących się rozgrywek, w które wciągana może być absolutnie cała rodzina. Tworzone będą koalicje i zawsze znajdą się doradcy, którzy będą niezmordowanie radzić. Potem można pooglądać kolekcje wszystkich członków rodziny nad karpiem przy wigilijnym stole i zakończyć świąteczny wieczór turbo-awanturą. Będzie o czym rozmawiać przez cały rok.

Takiej rodzinnej „zabawie“ może nie być końca. Wszystko po to by nie zbliżyć się do siebie zbyt mocno, by nie odkryć „miękkego brzuszka“, by spokojnie przelunatykować przez życie, nie konfrontując się ze swoimi pragnieniami, wadami. Nie podejmując ryzyka autentycznego bycia z ludźmi, ze sobą.

Prowadzenie gier to oczywiście nie jedyny powód zakładania firm rodzinnych. Byłoby to dość koszmarne. Wierzę, że wśród takich firm jest wiele, które są fantystycznym, satysfakcjonującym przedsięwzięciem, nie będącym areną psychologicznych rozgrywek. Członkowie rodziny sobie ufają i nawet jeśli grają, potrafią zorientować się w porę i oprzytomnieć. Wydźwięk tego artykułu jest raczej pesymistyczny, dlatego teraz trochę się tłumaczę. Narozlewałam i teraz sprzątam, żeby nikt nie krzyczał. Być może to moja gra.

Reklamy

Pieniądze po prośbie chodzić nie będą!

KlubKobiet

Polecamy: http://klubkobiet.com.pl/ 

Dziwna sprawa: okazuje się, że kobiety nie pracują dla pieniędzy! Pracują dla: satysfakcji, idei, z potrzeby serca, by czuć, że są potrzebne, dla wypełnienia czasu, dla ambicji. Tak deklarują. A pieniądze? Pieniądze teeeeż, ale przy okazji, przypadkiem, obok, nie przede wszystkim. Pytanie „Po co pracujesz?“ zadawałam kobietom wielokrotnie: na warsztatach, na konsultacjach psychologicznych, koleżankom podczas spotkań towarzyskich. Pieniądze pojawiają się w odpowiedziach rzadko, a jeśli o nie dopytać klimat robi się odrobinę cięższy. Kobiety w dziwny sposób rozmawiają o pieniądzach. Rozmawiają, w moim poczuciu, nie do końca szczerze, wymijająco. Zdaje się panować niepisana zasada, że w dobrym tonie jest przemycić gdzieś między słowami, że nie są ważne. Nic dziwnego, że z ich zarabianiem może być potem problem. Bo jak tu się bogacić z przekonaniem, że pieniądze to temat typu nie-bardzo-można-przyznać-że-się-ich-chce. Tak jakby mieć pieniądze, mówić o pieniądzach, pragnąć pieniędzy to wstyd.  Czy wciąż pokutuje przekonanie, że pieniądze, szczególnie te duże, równa się przekręt, szemrani ludzie i takież interesy? Czy może w dobrym tonie leży być skromnym? Pewnie różne środowiska mają swoją na to odpowiedź, jednak gdzieś w powietrzu krąży, że „Pierwszy milion trzeba ukraść“. Czy dlatego kobiety mówią o pracy przez pryzmat wyższej idei? A może ich system wartości jest szlachetniejszy… niż mężczyzn? Bo mam wrażenie, że panowie z większą swobodą realizują swoje pragnienia o różnie pojętym posiadaniu. Mimo, że teoria przedstawiająca kobiety jako istoty szlachetniejsze od mężczyzn, rzucałaby śwaitło na całą sprawę, to jednak raczej nie miałaby wiele wspólnego z rzeczywistością.

Raz jeden usłyszałam od kobiety wprost i bez ogródek: „Dlaczego pracuję? Bo chcę być bogata. Chcę żyć nie tylko godnie, ale i z rozmachem.“  Ta kobieta realizuje swój cel konsekwentnie i myślę, że jest na prostej drodze do realizacji marzenia. Czy nie jest tak, że w ustach mężczyzny komunikat taki przydaje mu siły, a kobiecie przynosi skojarzenia z kręgu kastracyjno – dominujących? On przedsiębiorczy i z pomysłem, zdecydowany i bezwględny. Prawdziwy mężczyzna. Ona chciwa i wyniosła, niedostępna. Wredna małpa.

Czy tego boją się kobiety? Że pieniądze mogą odbebrać im atrakcyjność? Kobiecość? Boją się odstraszyć mężczyzn swoją przedsiębiorczością i skutecznością? Czy pieniądze mogą odbierać kobiecie urok? Być może to wszystko stereotypy.

Znam przedsiębiorcze, odważne kobiety, które biorą życie za rogi. Rezygnują z bezpiecznych etatów, zakładają firmy, kształcą się i odnoszą sukcesy. Jednocześnie są w szczęśliwych związkach, zakładają rodziny. Nie są niedostępne i nikt tak o nich nie myśli. Ich mężczyźni nie wyglądają na zdominowanych ani wystraszonych. W ich historiach są pieniądze, sukces i  miłość. Wszyscy wygrywają.

Przychodzi mi jeszcze do głowy, że dylemat wartości wokół pieniądza jest w jakimś sensie luksusowy. Pracowałam z rodzinami, które żyją na granicy ubóstwa. Ledwo „wiążą koniec z końcem“. W rodzinach, z którymi miałam kontakt, to najczęściej kobiety były odpowiedzialne za ich finansowy los. Te kobiety o pieniądzach mówią bez owijania w bawełne. Budżet rodzinny mają w jednym palcu, a w drugim plan na kolejny miesiąc. Przyznają, że pieniądze to rzecz bardzo ważna, a jednocześnie nie są nimi owładnięte. Zaczynąjąc pracę miałam wizję spotkania z ludźmi, którzy chcą przede wszystkim właśnie pieniędzy, jest to częsta opinia i pewnie często prawda o kliencie pomocy społecznej. Nie o każdym jednak. Kilku kobiet, z którymi miałam wielką przyjemność pracować, nigdy nie zapomnę. Szczególnie jednej. Samotna matka trójki dzieci. Drobna postać,  króciutkie włosy, zapadnięte policzki. Bezustannie w biegu, często za pieniędzmi właśnie. Ale nie tylko. Zadziwiało mnie gdy po nocnej zmianie i kilku godzinach snu przybiegała żeby podzielić się co u niej, co nowego, co poszło fatalnie, a co się udało. Pytała o rady, o to jak rozmawiać z dziećmi, żeby w domu działo się lepiej, o to jak zadbać o siebie i czy będą jakieś warsztaty, bo ona chętnie, czy znam dobrą książkę bo ostatnio zaniedbała ten obszar. Wszystko po to, by nie żyć tylko pracą, codziennością i pieniądzem. Choć wydawałoby się w jej sytuacji łatwo o taki los. Nigdy nie usłyszałam u niej dylematu „mieć czy być“ bo dla niej to rozważania bez sensu. Ona pracuje przede wszystkim dla pieniędzy. I pewnie nie zaświta jej pomysł, że pieniądze mogą jej coś zabrać. Można by rzec, że to zupełnie inna sytuacja i inaczej myśli o pieniądzach ten, kto je ma niż ten, kto ich nie ma. Być może. Nie zmienia to faktu, że warto rozejrzeć się czasem na boki, by złapać odpowiednią perspektywę.

Dlaczego w ogóle pojawia się pomysł, że gdy postawić pieniądze obok wartośći to one jakby bledną i maleją. Psychologia człowieka pokazuje, że właśnie jest inaczej. Wartości mogą zanikać gdy nie stoją obok pieniądze. Na przykład: jeśli praca wiąże się z jakąś ideą i realizuje wyższe wartości to może być źródłem ogromnej satysfakcji. Jednak jeśli za „misją“ nie podąża adekwatne wynagrodzenie wówczas możemy napotkać nieprzyjemne zjawisko jakim jest wypalenie zawodowe. Kiedy czujemy, że wysiłek jaki wkładamy w pracę „nie zwraca się“ doznajemy frustracji, która może przerodzić się w poważne kłopoty psychiczno – zdrowotne. Oczywiście wypalenie zawodowe nie opiera się tylko na pieniądzach, ale w niektórych przypadkach jest to  czynnik najważniejszy. I mimo istnienia innych obszarów, takich jak: polepszenie relacji osobistych, lepsza organizacja czasu pracy, dbanie o swój czas wolny, które, gdy zadbane, mogą „załatwić“ sprawę – to w pewnych sytuacjach niedostyt odpowiednich dochodów okazuje się sprawą priorytetową. Dopiero gdy ten obszar ulega poprawie, to samo dzieje się z ogólnie pojętym zdrowiem i samopoczuciem.

Sytuacja jest trudniejsza gdy nie umiemy przyznać przed samym sobą, że czynnik finansowy ma dla nas znaczenie. Jeśli nie rozpoznajemy w sobie potrzeby albo tłumimy ją wówczas nie dajemy sobie przestrzeni na jej realizację lub na rozwiązanie stojącego za nią problemu. Możemy utrudniać sobie pracę, a nawet niszczyć zdrowie. Generalnie rzecz ujmując blokowanie dostępu do dobrze pojętej chciwości może mieć niewesołe konsekwencje.

Ceńmy się więc w każdy możliwy sposób. I nie bójmy się pieniędzy, bo jeszcze się obrażą i coś mi mówi, że nie będą chodzić po prośbie. Znajdą sobie innego, bardziej przyjaznego, właściciela. A tego przecież nie chcemy.

Ciepłe i puchate – tanio, od zaraz!

KlubKobiet


Artykuł został opublikowany w kwartalniku Klub Kobiet. Miara Sukcesu NR 2 (1) – 2011

Polecamy: http://klubkobiet.com.pl/

Dawno dawno temu, w małym miasteczku żyli ludzie kultywujący ciekawą tradycję. Otóż każdy z mieszkańców nosił przy sobie małe pudełko, a w nim „ciepłe i puchate”. Trudno wskazać konkretniejszą nazwę dla zawartości pudełka. Ciepłe i puchate – tak mówili o tym mieszkańcy od dziada pradziada i nikt się nad tym głębiej nie zastanawiał. „Ciepłym i puchatym” należało się wymieniać. Jak tylko oddało się trochę, zawartość przyrastała z naddatkiem. A że „ciepłe i puchate” spełniało wiele pożytecznych funkcji, wszyscy chcieli mieć tego jak najwięcej. Można się tym było owinąć w zimny dzień, opatrzeć rany, dodać do zupy, ozdobić okna, gdy oczekiwało się gości.  Wszyscy więc dzielili się, częstowali, owijali w kolorowe papiery i zostawiali sobie „ciepłe i puchate” na progach domów. Bez szczególnej okazji. Taki był zwyczaj. Dobrze się wiodło mieszkańcom miasteczka. Byli dość szczęśliwi i zdrowi. Nieszczęścia zaglądały do nich rzadko i nie pozostawiały większych spustoszeń. Jak to jednak w bajkach bywa pojawił się kłopot w postaci czarownicy. Nie wiadomo skąd przyszła. Pewnego dnia po prostu zjawiła się by knuć.  Zaczęła rozpowiadać, że w sąsiednim mieście ludzie zbyt często dzielili się „ciepłym i puchatym”, aż w końcu się skończyło. Teraz nie mają nawet małego kłaczka. Ludzie zmartwieli. Najpierw ograniczyli rozdawanie do specjalnych okazji, potem do jednego corocznego święta  przeznaczonego specjalnie na ten cel, by w końcu schować pudełka na dno szafy i pilnować zazdrośnie. Nie trudno zgadnąć co było dalej. W mieście zaczęło dziać się źle. Mieszkańcy chorowali, kłócili się, ograniczali wzajemne kontakty – nie mogli na siebie patrzeć. Czarownica patrzyła na katastrofę z dziką satysfakcją.

To moja wersja „Bajki o ciepłym i puchatym” – bajki, którą zna każdy, kto zetknął się z teorią Analizy Transakcyjnej (AT). Jedną z teorii psychologicznych.

Bajka ma na celu zobrazowanie jednego z ważniejszym elementów teorii AT – głasków, inaczej znaków rozpoznania. Teoria głasków mówi o tym, że do zdrowego funkcjonowania człowiek potrzebuje kontaktu z innymi, potrzebuje czuć, że ludzie go widzą. Potwierdza to jego istnienie, a także jego wartość i znaczenie dla innych. Jako niemowlę człowiek dostaje bardzo dużo głasków – jest dotykany, przytulany, pielęgnowany, karmiony, przewijany itp. Jest całkowicie zależny, tak więc kontakt z innymi warunkuje jego przetrwanie. Wraz z rozwojem zmienia się rodzaj otrzymywanych głasków– zmniejsza się liczba fizycznych, a zwiększa liczba społecznych. Nie zmienia się ich waga – wciąż są niezbędne dla zdrowego życia. Dlatego wymieniamy się znakami rozpoznania, pozdrawiając się, witając, zapytując o pogodę, wymieniając uwagi nad kserokopiarką w pracy, chodząc na spotkania ze znajomymi, angażując się we wspólne projekty. Robimy to by być z innymi.

Dobrze jest dostawać głaski pozytywne, czyli przyjemne, takie jak buziak, dobre słowo, przytulenie. Takie, które mówią „dobrze cię widzieć”, „kocham cię”, „będę za tobą tęsknić”, „bez ciebie to nie to samo”. Dostajemy i rozdajemy też głaski negatywne, te nie są przyjemne i nie lubimy ich dostawać. Popchnięcie, wyśmiewanie,  odtrącanie – nic miłego.  Takie głaski spełniają jednak swoją podstawową funkcję – są informacją, że jesteśmy dostrzegani. Dostając przysłowiowego kopa w tyłek człowiek nie ma wątpliwości, że został dostrzeżony. Nie jest to może najszczęśliwsza forma kontaktu, ale „lepszy rydz niż nic”.

W bajce o „ciepłym i puchatym” opowiada się czasem, że czarownica namówiła ludzi by zamiast „ciepłego i puchatego” rozdawali sobie „zimne i kolczaste”. Tak by nie zostawić ich z niczym. Nie od dziś wiadomo, że dzieci rozrabiają, żeby zwrócić na siebie uwagę. Rodzice nie widzą mnie jak siedzę w pokoju i odrabiam lekcje… jak stłukę żyrandol, zobaczą mnie na pewno. A o to przecież chodzi. Nie są to świadome działania dziecka, to nie zimna kalkulacja – to instynkt przetrwania. Jako dorośli robimy to samo. Znamy takich ludzi, którzy swoim zachowaniem doprowadzają innych do szału, aż proszą się o porządnego kopniaka i jednocześnie są absolutnie zaskoczeni i rozżaleni gdy w końcu nadchodzi– prawdopodobnie nieświadomie powtarzają schemat, który w dzieciństwie był skuteczny. Teraz trochę się zdezaktualizował, ale przecież trudno zrezygnować z przyzwyczajeń. Każdy ma swój schemat. Cudze schematy widzimy jak na dłoni – swoich nie widzimy wcale. Tak to jest urządzone.

Dobra wiadomość jest taka, że nie musimy czekać, aż ktoś nam coś podaruje. Możemy zadbać o siebie sami. Aby to było możliwe, warto skontrolować, co mówimy do siebie na co dzień. Czy chwalimy się za sukcesy, czy ganimy się za porażki. I który przekaz jest silniejszy. Często bywa, że ten drugi. Chwalimy się dyskretnie albo wcale, nawet za duże osiągnięcia. Za małe przewinienia biczujemy się do upadłego. Nie każdy tak ma. Na szczęście. Jednak ma tak wielu z nas i jeśli zauważasz te symptomy u siebie, to pora się zastanowić. Negatywne głaski maja wielka moc. Karząc się dostarczamy sobie bardzo dużo wrażeń: czujemy się podle, boli nas brzuch, głowa i cała reszta, płaczemy, świat jest zły, my jeszcze gorsi. Dzieje się. Jest też znajomo, wiemy jak się w tym odnaleźć. Jednocześnie to nie jest dla nas dobre. I przecież to wiemy, ale wciąż robimy tak samo. Zmianę zaczynamy od małych rzeczy – możemy zacząć od drobnych przyjemności.  Gorąca kąpiel pod koniec dnia to już klasyk. Ale skuteczny. Książka, film, spacer, taniec – każdy wie, co lubi. Fundujmy sobie rozrywki, na które mamy ochotę. Nie ma być ambitnie, ma być frajda. No i słowa. Mówmy do siebie i o sobie – dobrze. Podkreślajmy swoje zalety, przymknijmy oko na wady. Niedawno natknęłam się na taki cytat: „Należy swoje ułomności nosić jak szaty królewskie, ze spokojem. Jak aureolę, którą lekceważymy, udając, że jej nie dostrzegamy.” Namawia Cesar Moro. Myślę, że warto wziąć sobie do serca.

Teoria głasków nie mówi o niczym nowym. Zachęca by być dobrym dla siebie i innych, w imię szczęścia i zdrowia. Mówi też o tym, że im więcej dobrego wypuścisz, tym więcej dostaniesz. W moim domu mówiło się „Dobre słowo nic nie kosztuje, a popłaca!”. No i mam taki osobisty nawyk rozdawania go tu i tam. Zawsze wraca. Nie zawsze z oczekiwanej strony. I dobrze. Nie może być zbyt różowo.

Bajka o „ciepłym i puchatym” ma szczęśliwe zakończenie. Sytuację ratują dzieci. Nieświadome niczego znajdują podczas zabaw ukryte, zakurzone już mocno pudełko, rozrzucają „ciepłe i puchate” w okolicy. Ludzie budzą się z otępienia. Tradycja wraca na prawidłowe tory, a czarownica pakuje manatki. Morał bajki jest oczywisty.

Mamy teraz luty, który zawiera w sobie walentynki. Zawsze trochę irytowało mnie to wydarzenie i jego sztuczny, plastykowy posmak. Z drugiej strony każda okazja do wyrażenia uczucia jest dobra, nawet ta skomercjalizowana. Z okazji tego kiczowatego dnia dostałam kiedyś ręcznie wykonany rysunek serca z napisem „dla Ciebie” od malucha z grupy, którą uczyłam. Zdecydowanie jedno z najmniej kiczowatych wydarzeń w moim życiu. Bardzo ciepłe i bardzo puchate. Polecam każdemu.


Zaczynamy!

Witajcie!

Od pewnego czasu nosiliśmy się z zamiarem utworzenia takiego miejsca, które mogłoby być źródłem informacji na temat psychologii i psychoterapii, ale też miejscem, w którym my – jako psychologowie, moglibyśmy dzielić się naszymi refleksjami, spostrzeżeniami i doświadczeniami związanymi z wszechobecnością psychologii w życiu codziennym, kulturze, mediach. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że ludzie poszukują wiedzy na temat siebie, powodów swoich odczuć, wyborów i często są zagubieni w tym, co się z nimi dzieje. Nie wiedzą jaką drogę wybrać, kogo słuchać: siebie czy różnych, często sprzecznych opinii innych osób.

Psychologia stała się bardzo popularna. Ludzie mają duża wiedzę na temat stresu, depresji, asertywności. Jednak wiedza nie idzie w parze z praktyką, ludzie wciąż niewiele wiedzą o samych sobie. Nie wiedzą jak radzić sobie ze stresem w swojej własnej pracy, w swoim życiu, nie wiedzą jak walczyć z przygnębieniem.  Z jednaj strony wiedzą czym jest asertywność, a z drugiej wciąż wpadają w pułapkę agresji lub zbytniej uległości. Wciąż jest za mało informacji i świadomości na temat tego co robić gdy cierpimy i co robić gdy cierpią nasi bliscy.

Mamy nadzieję, ze ten blog będzie miejscem połączenia wiedzy z praktycznymi wskazówkami jak z tej wiedzy korzystać. Chcemy w sposób uczciwy pisać o tym, co można, a czego nie można zrobić w kontekście trudności emocjonalnych oraz przedstawiać nasze stanowisko w obszarach problemowych.

Na blogu pewnie nie raz znajdą odzwierciedlenie także nasze zainteresowania z kręgu kultury i sztuki. Będziemy pisać o psychologicznych aspektach książek, filmów, zjawisk społecznych, które nas zatrzymują i intrygują.