Bez sensu o zazdrości

Według Wikipedii: “Zazdrość to uczucie, odczuwane w sytuacji frustracji gdy znany jest obiekt zaspokajający potrzebę i osoba posiadająca ten obiekt.” Czyli ktoś ma coś co my chcemy mieć, a nie mamy. Albo nam się wydaje, że nie mamy. W rzeczach metarialnych to rozróżnienie jest proste. Ktoś ma lamborghini, a ktoś nie. I ten co nie ma patrzy na tego co ma i zazdrości, bo też chce mieć. To jest jasne. Ale np. intelekt, atrakcyjność, niezależność, kreatywność, sukces itp.? Można mieć lub nie, ale tu sprawa jest dość subiektywna. Atrakcyjna kobieta, może nie widzieć swojej urody, ale widzi urodę koleżanki. Mężczyzna, który odnosi sukcesy może być do nich napędzany jedynie przez rywalizację, podsycaną właśnie zazdrością. I skoro już tak stereotypowo, że kobieta to uroda, a mężczyzna sukces, to przyjrzyjmy się płci. Według różnych psychoanalittycznych szkół kobiety zazdroszczą mążczyznom penisów, a mężczyźni zazdroszą kobietom możliwości rodzenia dzieci. Czyli kobiety zazdroszczą mążczyznom faktu bycia mężczyznami, a mężczyźni zazdroszą kobietom faktu bycia kobietami. Czyli nikt nie jest zadowolony z tego kim jest. Czyli wszyscy wszystkim zazdroszczą. Jak na ironię każdy zazdrości tego, co dla drugiego jest przekleństwem. Bo: kobiety chcą niezalezności i nieskrępowania w działaniu, mając dość zależności, a mężczyźni chcą zależności, mając dość swej potencji, a dokładnie ciągłego udowadniania jej posiadania. Tak źle, tak niedobrze. Gdyby założyć, że prawdą jest wszystko powyższe, to gdyby pewnego razu spełnić te wszystkie marzenia i zamienić kobiety w mężczyzn, i odwrotnie.. no to jakby wciąż mamy to samo. Jaki wniosek z tego wszystkiego? Żaden. Miało być bez sensu. Niech każdy pilnuje swojego nosa i cieszy się z tego co ma.. i uważa o czym marzy, bo jeszcze mu się spełni!

Miłośnik psychologiczny – odsłona trzecia. O pięciu zasadach, które warto wprowadzić do związku, aby zbliżyć się do partnerskiego ideału.

Dbajcie o bliskość i intymność w związku.

Wielu ludzi myśląc o intymności, myśli o seksie; to prawda, że jest on ważnym elementem budowania bliskości w relacji. Jednak intymność w związku to coś jeszcze. Ja osobiście najbardziej lubię definicję pochodzącą z Analizy Transakcyjnej. Według tej koncepcji dwoje ludzi buduje intymną relację wtedy, gdy kontakt pomiędzy nimi opiera się na autentyczności. Każda ze stron pozostaje sobą, ma szczere intencje, bez obaw dzieli się swoimi uczuciami, myślami, pragnieniami, a jednocześnie obie strony pozostają uważne na siebie nawzajem. W takiej relacji możliwe jest przeżywanie czułości, otwartości i doświadczanie akceptacji oraz zaangażowania drugiej strony.

Obserwując pary, choćby w kawiarni, bardzo łatwo można wyczuć, zauważyć, usłyszeć tę specyficzną atmosferę, jaka wytwarza się, gdy pojawia się intymność. Czasem zdarza się, że atmosfera ta jest tak silna, że pozostali goście unikają siadania przy stolikach w pobliżu tej pary, intuicyjnie czując, że naruszyliby intymny teren tych dwojga. Czasem wystarczy kilka sekund, aby dostrzec na parkiecie wśród tańczących par, właśnie tę, która tańczy przeżywając bliskość. I to się po prostu czuje! Czasem może się to zdarzyć dwojgu nieznających się ludzi, choćby wtedy, gdy w kinie napotka się wzrokiem oczy kogoś, kto przeżywa takie samo wzruszenie. Przez tych kilka sekund, tych dwoje ludzi dzieli podobne uczucia i rozumie się bez słów.

Skoro jest to tak ważne i tak pociągające, to dlaczego tak wielu z nas cierpi z powodu braku intymności, posiadania wielu powierzchownych, niesatysfakcjonujących związków? Prawdziwy dramat większości ludzi polega na tym, że ta intymność, której tak pragniemy, budzi w tym samym czasie ogromny lęk. Wszak jest to moment odkrycia się, odsłonięcia własnych myśli, uczuć, pragnień, a powierzenie ich komuś nieodpowiedniemu może narazić nas na dotkliwe zranienie. Im więcej za nami takich doświadczeń, tym trudniej budować bliskość raz jeszcze. Często zdarza się też, że w związkach, w których bliskości i intymności kiedyś było wiele, z biegiem lat, codziennych obowiązków i kłopotów tracą ze sobą tę magiczną więź.

Co ludzie robią w związkach, aby uniknąć intymności? Mnóstwo rzeczy! Mogą na przykład wytwarzać codzienne rytuały i procedury („ty rano dzieci do przedszkola, ja w czwartek na fitness, sobota obiad u dziadków…”), które szczelnie wypełniają dzień po dniu. Oczywiście nie da się od nich uciec, jednak nie muszą, a nawet nie mogą one wypełniać 100% czasu dla związku. Innym sposobem na unikanie bliskości jest aktywność. Stereotypowym przykładem są w tym przypadku mężczyźni, którzy spotykając się ze sobą mają do wypełnienia zadanie: zagrać w bilard, obejrzeć mecz (jedyną wymówką dla objęcia się z drugim człowiekiem staje się gol, nic dziwnego, że czeka się na niego z taką nadzieją!), itp. Wiele związków funkcjonuje na podobnej zasadzie: „co dziś robimy?”. Z czasem może okazać się, że wprawdzie po paru miesiącach znajomości mają już obeznanie w nowościach kinowych, ale nadal nic o sobie nie wiedzą. Jeszcze innym sposobem unikania bliskości jest wycofanie się z relacji, kiedy żadna ze stron nie podejmuje już działań, mających na celu zbliżenie się do siebie, a jedynie egzystowanie obok siebie, w możliwie najmniej kolizyjny sposób. Zdarza się to parom z długim stażem, które decydują się zostać ze sobą z różnych powodów zajmując różne przestrzenie wspólnych pomieszczeń.

Co zatem warto robić, aby budować intymność w związku? Jeśli idziecie do kina- rozmawiajcie o nim ze sobą, jeśli jecie wspólny posiłek – patrzcie na siebie, słuchajcie się uważnie, kochajcie się, przytulajcie, mówcie o sobie partnerowi i zachęcajcie żeby on mówił o sobie, a przede wszystkim dbajcie o czas tylko dla was! Znajdźcie każdego dnia choć odrobinę czasu na czułość, na uważność i na zainteresowanie sobą nawzajem.

Rozmawiajcie ze sobą otwarcie.

Otwarte, szczere rozmowy są jednym z najlepszych sposobów budowania zaufania i bliskości w relacji. Jednak komunikowanie się w taki sposób, który okaże się konstruktywny dla związku wcale nie jest takie proste. Większość z nas często odruchowo i nie do końca świadomie komunikuje się z drugą osobą tak, jak prowadził statek kapitan Costa Concordii – w dobrej wierze, zgodnie ze schematem wypracowanym przez lata, nie dostrzegając czyhającego zagrożenia związanego z naszymi manewrami.

Oto kilka z nieskutecznych manewrów komunikacyjnych:

- przemilczanie: często stosujemy je chcąc wymusić na drugiej stronie, aby domyśliła się po naszych niewerbalnych sygnałach, jak bardzo jesteśmy wkurzeni, skrzywdzeni, rozczarowani – i jak winna powinna się czuć, osoba, która nas do tego doprowadziła. Skutkiem takiej strategii jest często przeproszenie „dla świętego spokoju” lub odbieranie focha jako ataku i przygotowanie przez drugą stronę strategii obronnej (w końcu nikt z nas nie lubi czuć się winny). I mamy gotowy przepis na kłótnię, której tematem będzie „kto ma rację” lub „kto zachował się gorzej”.

- założenia: każdy z nas ma takie uświadomione (lub nie) założenia dotyczące tego, jak powinna się zachowywać, co mówić, jak reagować osoba, która mnie kocha. Mogą one przyjąć na przykład taki kształt: „skoro on/ona kocha, to powinien…/powinna… (się domyślić, przeprosić, przynieść kwiaty, wybaczyć, walczyć, zrezygnować, zrozumieć, …., itp). Kłopot w tym, że różnimy się między sobą kształtem tych założeń. Jeśli spotkają się dwie osoby o przeciwstawnych założeniach (np. ona uważa, że jeśli facet kocha to będzie walczył , a on uważa, że pokaże jej swoją miłość, kiedy odpuści), pomimo silnych uczuć i dobrych chęci – nieporozumienie i wzajemne zranienia – gotowe!

- chwalenie i krytykowanie: jednym z szalenie ważnych elementów związku jest wzajemne docenianie się, komplementowanie, podziwianie, dostrzeganie nawzajem swoich życzliwych gestów, „uśmiechanie się do siebie słowami”, a jednak kultura w której żyjemy, nastawia nas raczej na wyłapywanie niedociągnięć, błędów, ocenianie, krytykowanie. No, a przyznajmy się szczerze, jakich proporcji docenienia i krytyki chcielibyśmy dla siebie? Dajmy co najmniej tyle samo partnerowi!

- rozmawianie pod wpływem silnych emocji: część z nas stosuje strategię „na przetrzymanie”, uważając, że jakoś to będzie, aż w którymś momencie – coś pęka i dochodzi do szczerej i bardzo otwartej wymiany zdań, która nie przynosi nic dobrego. Po pierwsze kłótnia taka będzie odnosiła się do wielu spraw, aktualnych i zadawnionych, co zmniejsza szanse na jej konstruktywne zakończenie. Po drugie, pod wpływem silnych emocji, najczęściej odnosimy się do emocjonalnych argumentów, a te z kolei przyjmują formę pretensji, ataku, krytyki i wywołują silne emocje po drugiej stronie. Wówczas szansa na wypracowanie takiego rozwiązania, które pomoże w przyszłości uniknąć kolejnych kłótni, bardzo maleje.

Jak zatem rozmawiać? Wprost, na spokojnie, mówiąc od razu (nie czekając aż żale w nas urosną), mówiąc o sobie, unikając oceniania, zwiększając liczbę pozytywnych, wspierających komunikatów, mówiąc o swoich oczekiwaniach, zamieniając skargi na prośby, a przede wszystkim zmieniając cel (z „kto ma rację”) na „jak osiągnąć porozumienie dobre dla nas dwojga i naszego związku”.

Miejcie jasność co do własnych i partnera oczekiwań dotyczących związku.

Niby banał… niby wiadomo… , ale jak się tak głębiej zastanowić, to odpowiedź na to pytanie odnośnie samego siebie jest strasznie trudna… Wymaga przyjrzenia się swoim wartościom, priorytetom, planom, marzeniom. Czasem zwyczajnie nie znamy odpowiedzi na to pytanie… Kłopot pojawia się wtedy, gdy znajdujemy drugą połówkę licząc, że teraz będziemy szczęśliwi, a nie jesteśmy… Jeśli jedno z ukrytych założeń, jakie mamy brzmi „skoro kocha, to powinien/powinna wiedzieć jak mnie uszczęśliwić, nawet jeśli ja sam/a nie wiem”, to zaczynają się schody. Ja zachęcam do refleksji i rozmów najpierw z samym sobą, później z partnerem i szukania odpowiedzi na te pytania.

Czego chcę od życia? Od związku? Od mojego partnera? Dlaczego chcę z nim/nią być?

Jakie wartości są dla mnie ważne? Jakie są moje priorytety?

Jak wyobrażam sobie szczęśliwy związek?

Czego ty chcesz od życia? Od związku? Ode mnie? Dlaczego chcesz ze mną być?

Jakie wartości są dla ciebie ważne? Jakie są twoje priorytety? Jak wyobrażasz sobie szczęśliwy związek?

Co pragniemy wspólnie osiągnąć?

Co każde z nas jest gotowe od siebie dać, a z czego może zrezygnować dla naszego związku?

…?

Okazujcie sobie uczucia.

We wspominanej już Analizie Transakcyjnej istnieje pojęcie talonów psychologicznych. Ich nazwa wiąże się z talonami jakie możemy otrzymać w supermarkecie za zakup produktów. Gdy uzbieramy ich określoną ilość możemy je wymienić na nagrodę. Niektórzy zbieracze zadowalają się małymi nagrodami (breloczek, kubek), inni potrafią długo zbierać swoje talony, żeby wymienić je na coś większego (czajnik, odkurzacz). Talony psychologiczne to preferowane przez nas uczucia, które zbieramy w związku.

Każdy z nas ma ulubiony rodzaj emocji, który zbiera w relacjach z bliskimi. Mogą to być talony złości, smutku, rozczarowania, zawodu, strachu, upokorzenia, itd. Jak to działa? Wyobraźmy sobie żonę, której ulubionym talonem jest złość. Poprosiła męża o odebranie dzieci z przedszkola, on o tym zapomniał, ona rozgniewała się, ale dzielnie zwolniła się z pracy i odebrała je na czas. Wracając do domu, mówi, że nic się nie stało, nie chce o tym rozmawiać. Załóżmy, że ta sytuacja powtarza się kilkakrotnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy, a żona z satysfakcją kolekcjonuje kolejne talony (za zapomnienie o odebraniu rzeczy z pralni, za porozrzucane skarpetki, za odwołanie wspólnej kolacji). Gdy zbierze już odpowiednią ilość talonów, może odebrać swoją nagrodę i na przykład zrobić nieziemską awanturę z tłuczeniem rodowej zastawy, albo publicznym upokorzeniem męża podczas rodzinnego spotkania.

Co daje takie zbieranie talonów – otóż rozgrzesza nas z wybuchu – skoro zbieraliśmy tyle talonów, to przecież mamy teraz pełne prawo dać upust swojej złości! Mamy usprawiedliwienie! Niektórym osobom wystarczy awantura, inne zbierają talony dalej, do momentu, aż będzie można „z czystym sumieniem” nazwać męża wulgarnym wyzwiskiem, uderzyć go, albo (dla zbieraczy głównej nagrody) rozwieść się z nim. Zbieracz smutków może w nagrodę upić się do nieprzytomności mając usprawiedliwienie, zbieracz odrzuceń może wymienić je na usprawiedliwiony romans, itp. Każdy rodzaj uczuć ma swoją własną pule nagród.

Po czym poznać czy sami nie jesteśmy przypadkiem zbieraczami? Jeśli rozpamiętujesz regularnie listę zranień, które cię spotkały, jeśli w kłótniach wypominasz stare przewinienia, jeśli trudno ci porzucić dawne zranienia, jeśli nie mówisz od razu i wprost o tym co czujesz i co chcesz żeby się zmieniło, jeśli bierzesz udział w rozmowach „kto ma gorzej”, i jeśli co jakiś czas wymieniasz swoją kolekcję na wątpliwą nagrodę – pomyśl nad wyrzuceniem talonów! W związku pełnym intymności – talony tracą swoją moc, co nie oznacza, że nie przeżywa się w nim silnych emocji. Gdy przeżywasz złość – możesz mówić o niej od razu i otwarcie, możesz zadbać, aby została ona zrozumiana przez partnera oraz możesz wraz z nim znaleźć sposób na to, żeby podobna sytuacja się nie powtórzyła. Wracając do przykładu żony, gdyby nie zbierała talonów – od razu po powrocie z przedszkola mogłaby powiedzieć jak bardzo jest rozgniewana, ile kosztowało ją urwanie się wcześniej z pracy, mogłaby też razem z mężem poszukać lepszego systemu na odbieranie dzieci z przedszkola, ale poprosić go, żeby w ramach rekompensaty przygotował kolację.

Dużo mowy  było o nieprzyjemnych uczuciach, ale bazą związków mogą i powinny być uczucia miłe: troski, miłości, radości, dumy, podziwu. Jak szalenie mało jest zbieraczy chwil szczęścia i drobnych sukcesów! Jak wyzwalać takie emocje? – bawcie się ze sobą, wygłupiajcie, żartujcie, tańczcie, słowem – naśladujcie dzieci, one są mistrzami w zbieraniu pozytywnych doświadczeń. Uczucia mogą być sprzymierzeńcem związku, dzięki nim nie nudzimy się, angażujemy się, czujemy się dowartościowani, autentyczni, spełnieni i bliscy sobie. Wrogiem stają się wtedy, gdy niewypowiedziane, tłumione i pielęgnowane, zamieniają się „oddalacze” od siebie.

Innym rodzajem emocjonalnego niebezpieczeństwa są gwałtowne, niekontrolowane wybuchy złości, którym ulega część z nas. Osoby bardzie impulsywne, potrafią bardzo szybko doprowadzić się do stanu wrzenia, a winą za swój wybuch obarczają druga stronę. Warto pamiętać o tym, że każdy z nas jest odpowiedzialny za własne uczucia i za sposób w jaki sobie z nimi radzi. Jeśli komplementarnie w związek wejdą dwie osoby: jedna – złośnik, druga tłumiący uczucia zbieracz, mogą wpaść w pułapkę wzajemnych żalów, niezrozumienia i konfliktów. Zbieracz zranień będzie skrzętnie odnotowywał wszystkie wybuchy i nieprzyjemne słowa jakie usłyszy (dając milcząco, acz dobitnie wyraz swojemu cierpieniu), złośnik natomiast będzie wybuchał przy każdym sygnale odbieranym jako „jesteś nie w porządku”. Tak, kłócąc się o to, kto jest bardziej nie w porządku, może upłynąć im sporo życia…

Dbajcie o granice swoje i związku.

Kolejnym wyzwaniem z jakim warto się zmierzyć na drodze do satysfakcjonującego związku to określenie granic – zarówno indywidualnych jak i granic związku. Doprecyzować można obszary prywatności (szczególnie w dobie Facebooka, który podobno na potęgę niszczy związki), wolności (co oboje uznajemy za fair, a co traktowalibyśmy jako naruszenie zaufania). Bardzo wiele związków funkcjonuje bez określenia tego, co każda ze stron traktuje za zdradę. A w przypadku gdy już do niej dojdzie, zdradzający często dążą do rozmycia granic i umniejszenia swojego postępowania.

Co uznajecie za zdradę? Czy zdradą jest flirt? Czy stosunek seksualny? Czy zaangażowanie emocjonalne przez portal społecznościowy? Czy dzielenie się prywatnymi szczegółami dotyczącymi związku ze znajomymi? Czy rozmowa o partnerze z jego rodzicami? O ile można by teoretycznie rozważać różne aspekty zdrady (fizyczne, emocjonalne, społeczne), to w praktyce jej doświadczenie, niezależnie od rodzaju, może zrujnować związek i pogrzebać budowane zaufanie. Dobrze zatem jasno określić co jest w związku dopuszczalne, a co nieakceptowalne. Co jest przeznaczone tylko dla nas dwojga, a czym możemy dzielić się z reszta świata. Jest to sposób na dbanie o granice związku, pozwalający doprecyzować dwojgu ludzi, na co mają zgodę w kontaktach z innymi, na ile pozwalają wkraczać innym w obszary zarezerwowane dla związku, a na co absolutnie nie maja zgody. Warto rozważyć to w kontekście konkretnych osób: przyjaciół, dzieci, rodziny, współpracowników.

Tak, jak można dbać o granice związku, tak można też dbać o granice własne, pozostając w związku. To kolejny obszar, w którym warto dojść do porozumienia z druga stroną: ile przestrzeni każde z nas potrzebuje tylko dla siebie? Ile czasu potrzebuję na pielęgnowanie znajomości, przyjaźni, pasji i zainteresowań poza związkiem? Które z obszarów naszego życia możemy i chcemy dzielić razem? Jakie obowiązki musimy podzielić między siebie? Z czego mogę zrezygnować na rzecz naszego związku?

No dobra z mojej strony tyle ;) Dla uspokojenia wszystkich wątpiących – przepis na doskonały związek jest tylko propozycją i zapewniam, że idealnych związków nie ma! :)

Mi pozostaje zachęcać do wariacji na temat partnerskiego ideału:)

Trzymajcie się razem! :)

Miłośnik psychologiczny – odsłona druga: Podstawy związku partnerskiego

Witajcie w kolejnej odsłonie. Na prośbę czytelników pierwszej części „Miłośnika” dzisiejszy odcinek będzie o praktycznej stronie budowania związków, a dokładniej o budowaniu takich reguł w związku, które sprzyjają pojawianiu się partnerskich relacji.

To, co często sprawia, że ludzie pozostający ze sobą w związku nie są z niego zadowoleni, to funkcjonowanie w relacjach hierarchicznych. Zdarza się, że w takich niesymetrycznych parach to jedna z osób zabiega o drugą, to na niej spoczywa odpowiedzialność za szczęście, satysfakcję i dobre samopoczucie drugiej strony; np. mężczyzna musi spełniać oczekiwania kobiety, bo inaczej ona będzie smutna lub obrażona (lub odwrotnie). Inne oblicze niesymetryczności, to sytuacja, gdy jedna z osób w związku ma większe prawa niż druga; np. kobieta musi się tłumaczyć z każdego spóźnienia do domu, mężczyzna zaś nie (lub odwrotnie). W ekstremalnej formie taka niesymetria w związku może doprowadzić do podziału na ofiarę i prześladowcę. Prześladowca jest coraz bardziej przekonany o swoich wyjątkowych prawach, a ofiara staje się coraz bardziej zależna i podporządkowana; w rezultacie w miejsce szacunku, miłości i zaufania mogą pojawić się pogarda, poczucie krzywdy i nienawiść.
Jak zatem sprawdzić czy związki, w które wchodzimy są symetryczne i partnerskie? Oto lista reguł partnerstwa (zapisana kursywą), zaczerpnięta przeze mnie z książki: „Trening partnerstwa”, autorstwa J. Kirschnera (wyd. Helion, 2008), pozostałe komentarze do poszczególnych reguł są moimi refleksjami na ich temat.

1. Razem znajdźcie swoje własne zasady wspólnego życia, zamiast ślepo powtarzać błędy innych.

To, co najczęściej powoduje tworzenie związków hierarchicznych, to powtarzanie wzorców, które wynieśliśmy z domu. Model rodziny patriarchalnej z podległą rolą kobiety funkcjonował przez setki lat. Część z nas budując związki nie zastanawia się nad modelem jaki stworzy, a jedynie odtwarza ten wzór który prezentowali rodzice. Często ludzie dobierają się w pary na zasadzie komplementarności (np. kobieta, która miała dominującą matkę i sama ma takie skłonności, szuka mężczyzny, którego ojciec i on sam byli/są podporządkowani kobietom). Szansa na idealne dopasowanie w związku jest jednak bardzo mała, stąd tak ważne jest świadome ustalenie i zadecydowanie z drugą połówką jak właśnie ten związek ma wyglądać.

2. Nie składajcie sobie nawzajem przyrzeczeń, jeśli nie jesteście pewni, czy będziecie mogli ich dotrzymać.

Ta sprawa wydaje się dość oczywista, złamane obietnice burzą zaufanie i mogą prowadzić do pretensji i rozczarowań. Co jednak w sytuacji, kiedy jedna ze stron wymaga przyrzeczeń, na które ta druga nie jest gotowa? Czy można mieć pewność, że dotrzymam słowa w sprawach takich jak: „Nigdy cię nie zranię”, lub „Nigdy nie spojrzę na żadną inną kobietę”, itp.? Oburzonym spieszę z wyjaśnieniem, że zranienie jest sprawą bardzo subiektywną; niejednokrotnie czujemy się zranieni, choć nikt nie chciał sprawić, byśmy tak się czuli. Obietnica tego rodzaju otwiera pole do manipulacji lub grania roli ofiary i oddala nas od partnerskich stosunków. Oczywiście inną sprawą jest doświadczenie realnej i intencjonalnej krzywdy… ale wtedy trudno mówić o partnerskim, opartym na szacunku i zaufaniu związku.

3. Nie oczekuj od partnera, że stanie się innym człowiekiem, niż był wcześniej, nawet jeśli uroczyście to przysięga.

Przekonanie, że pod naszym wpływem partner zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jest jednym z najbardziej niszczących związki i rozczarowujących mitów. Co tak naprawdę kryje się za chęcią zmiany drugiej osoby? Jest to przekaz „Nie akceptuję cię takim jakim jesteś.”, „Nie godzę się na to, abyś pozostał sobą.” Skoro nie akceptuję i chcę zmieniać, to jak mogę szanować i ufać? Z drugiej strony, jeśli tak bardzo nam ktoś nie odpowiada, dlaczego decydujemy się na pozostawanie w związku z kimś takim? Warto już na wstępie zadać sobie pytanie, z czym jestem w stanie się pogodzić? Co jestem w stanie zaakceptować?

4. Nie wymuszaj niczego na partnerze. Jeśli sam nie wie, co powinien wnieść do związku, tak czy inaczej związek nie przetrwa zbyt długo….

Mocne słowa, a jednak presja na spełnienie oczekiwań pociąga za sobą pojawienie się prób kontrolowania i dominowania (z jednej strony) i prób radzenia sobie z tą kontrolą (przez drugą stronę – np. wycofywanie, lawirowanie, pozorne podporządkowywanie, robienie czegoś na złość, i wiele, wiele innych…). Osoba kontrolująca i wymuszająca zmiany ustawia się w roli wyższej wobec partnera. W takiej sytuacji zamiast partnerskiego związku rozpoczyna się gra w policjantów i złodziei, w której jedna strona próbuje wymusić respektowanie prawa, a druga szuka sposobów jego obejścia…

5. Ciągłe poświęcanie się dla partnera nie pomoże mu. Sprawi jedynie, że w przyszłości zacznie on żądać jeszcze więcej, zapominając o tym, by dać coś w zamian.

O ile próby zmieniania partnera i wymuszania na nim spełniania oczekiwań ustawiają relację w taki sposób, że to partner ma się podporządkować, o tyle próby poświęcania ustawiają relację w przeciwny sposób. To osoba poświęcająca się stawia się na pozycji niższej, próbując swoja uległością zyskać szacunek i miłość partnera. Efekt zazwyczaj jest odwrotny, partner może uznać taki układ za satysfakcjonujący dla niego, wobec tego nie ma potrzeby go zmieniać. Zaczyna być przekonany, że rzeczywiście ma większe prawa, a poświęcenie mu się należy. A skoro się mu należy, to nie trzeba za to dziękować, doceniać ani próbować się odwdzięczyć. W konsekwencji strategia ta może przynieść osobie poświęcającej się frustrację i rozczarowanie, ale na pewno nie szacunek i zadowolenie.

6. Nie jest ważne, kto ma rację, ale co jest korzystne dla obydwu stron. Temu, kto zawsze chciałby mieć rację potrzebny jest nie partner, ale osoba, która go podziwia i nie ma własnego zdania.

W moim poczuciu, to, co bardzo wielu parom uniemożliwia konstruktywne kłócenie się, to stawianie sobie złego celu. Część spośród nas z uporem maniaka próbuje uzyskać potwierdzenie, że miało rację. Wykorzystuje do tego znajomych, rodzinę, przyjaciół, chcąc uzyskać jednoznaczną ocenę potępiającą partnera a aprobującą swoją. Część par potrafi godzinami a nawet dniami ciągnąć awantury, uważając, że zakończenie będzie możliwe gdy już postawi się na swoim. W gabinecie terapeuci też bardzo często wciągani są do wejścia w rolę sędziego i sprawiedliwego osądzenia sytuacji. Pomijając już bezowocność takiego działania, gdzieś z oczu znika najważniejszy cel, że kłótnia ta ma pomóc dojść do porozumienia, do wypracowania nowych, lepszych rozwiązań, do lepszego funkcjonowania związku, a do tego potrzeba nie sędziego, ale dwojga uważnie słuchających się ludzi.

7. Nie oczekuj szczęścia od nikogo oprócz siebie samego. Tylko ten, kto sam jest szczęśliwy, potrafi dzielić szczęście z innymi.

Filmy, sztuka i literatura nauczyły nas myśleć o miłości jako o wybawicielce z parszywego losu. Dziewczynki już od najmłodszych lat czytają o Kopciuszku, który miał podłe życie, ale w końcu doczekał się księcia, który w okamgnieniu odmienił jego żywot. Trudno się więc dziwić, że dla wielu z nas miłość jawi się jako wyzwolenie, ucieczka i wygrana w totolotka, która raz na zawsze pozwoli nam zapomnieć o problemach. Kiedy zjawia się miłość, cóż za rozczarowanie! Przecież on nie odgaduje moich uczuć, nie domyśla się czego chcę, nie zasypuje kwiatami, w dodatku nie jest tak drętwo idealny jak Królewicz z bajki! No cóż, życie to nie bajka… problemy które nosimy w sobie, są problemami do rozwiązania przez nas. Jeśli ktoś jest bardzo niepewny siebie, to choćby usłyszał trzy tysiące komplementów dziennie – nie przyjmie ich i nawet Królewicz będzie bezradny. Podstawowa zasada partnerskich związków mówi: „wspólne problemy rozwiązujemy wspólnie, z indywidualnymi problemami, każdy musi uporać się sam”.

8. Sama miłość nie rozwiązuje problemów. Raczej stwarza nowe.

Czasem tak trudno ludziom radzić sobie z samymi sobą, a co dopiero w sytuacji, gdy spotykają się dwie osoby, każda z własnym bagażem doświadczeń, każda z własnym wzorcem związków, każda z własnymi marzeniami, planami, oczekiwaniami, rozczarowaniami i zranieniami. Nagromadzenie możliwych konfliktowych interakcji jest przeolbrzymie! O tym w bajkach nic nie mówią, ale zawsze słysząc „…i żyli długo i szczęśliwie…” nie mogłam powstrzymać się przed wyobrażaniem sobie karczemnej awantury w zamku o to, kto dziś zmywa naczynia!

9. Lepiej kłócić się zawzięcie przez godzinę, niż ze strachu albo przez wzgląd na innych skrywać wszystkie problemy.

Podstawą związków opartych na partnerstwie jest otwartość. W sytuacji, kiedy jedna ze stron przemilcza coś, ta zasada zostaje nadszarpnięta. Jeszcze gorzej dzieje się wtedy, gdy jedna ze stron wprawdzie nie mówi nic o tym, co przeżywa, ale w pamięci skrzętnie notuje kolejne rozczarowania i złość na partnera. Prędzej czy później nastąpi wybuch, a wówczas litania zapamiętanych żali i pretensji zaleje związek. O ile łatwiej byłoby radzić sobie z jednym na raz!

10. Każda agresja skierowana przeciwko partnerowi jest złością, z którą sam sobie nie poradziłeś.

Kolejny mit, z którym warto się rozprawić dotyczy emocji. Każdy z nas jest odpowiedzialny za emocje jakie przeżywa. Bardzo często jednak przypisujemy je innym ludziom. Mówimy „To ty mnie zezłościłeś” albo „Przez ciebie jestem taka smutna”. Otóż NIE – to co czujemy należy do nas, to my mamy wpływ na to co przeżywamy. To ode mnie zależy, czy gniew na partnera będę w sobie podsycać czy wyciszać. To ode mnie zależy, czy będę szukać sposobów, aby w sytuacji, która mnie złości odzyskiwać poczucie wpływu, czy pogrążę się w roli ofiary. To ode mnie zależy czy będę dostrzegała swój udział w zaistniałej sytuacji, czy winy będę szukać tylko po jednej stronie.
Uff, na dziś wystarczy… niedługo ciąg dalszy – o pięciu podstawowych zasadach, jakie warto wprowadzić do związku, aby zbliżyć go do partnerskiego ideału…

Raczkowski o wychowaniu, najlepsze na świecie:D

„Wzywam policję” Irvin D.Yalom (2011) Instytut Psychologii Zdrowia, Warszawa

          Instytut Psychologii Zdrowia wydał kolejną pozycję autorstwa Irvina D. Yaloma – „Wzywam policję”. Przyznam szczerze, że po tej lekturze mam pewien niedosyt, zwłaszcza że Yalom zdążył już przyzwyczaić nas do obszerniejszych książek.

Mój niedosyt wynika chyba przede wszystkim z tego, że opowiadania pisane przez niego wciągają, angażują i nie pozwalają się od nich oderwać, a tymczasem jego nowa pozycja ma raptem 40 stron. Na tych stronach jednak wiele się dzieje, autor opowiada historię swojego przyjaciela wybitnego kardiochirurga, który żyjąc w ekstremalnym przepracowaniu, kurczowo trzyma się takiej strategii. Gdy do głosu po latach dojdą jego największe obawy i lęki, wówczas okaże się jak ważną rolę ten sposób działania pełnił w jego życiu i w radzeniu sobie z najkoszmarniejszymi wspomnieniami czasu Holocaustu.

Yalom opowiadając historię Boba Bergera opisuje potęgę nieświadomych mechanizmów radzenia sobie, konsekwencje ich działania, a także moment, w którym główny bohater, pod wpływem zagrożenia życia zaczyna odkrywać to, co ukrył przed samym sobą wiele lat temu. Yalom pokazuje także drogę, w jakiej towarzyszył przyjacielowi, próbującemu przezwyciężyć trwogę traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Wszystko to, jak zawsze u Yaloma opowiedziano zostało prosto, ale z zaangażowaniem i subtelnie, ale z mocą.

Na koniec czeka nas jeszcze wywiad z pisarzem, który udziela odpowiedzi na pytania związane zarówno ze swoją terapeutyczną praktyką jak i na te osobiste – o znaczeniu przyjaźni między nim a Bobem i ich wieloletniej „zmowie milczenia” dotyczącej przeszłości głównego bohatera.

Dla tych, którzy tak jak ja czekają na więcej, a którzy lubią yalomowskie powieści  (takie jak „Kuracja według Schopenhauera”, „Kiedy Nietzsche szlochał” czy „Leżąc na kozetce”)  – drobne pocieszenie: na 2012 rok zostało zaplanowane wydanie kolejnej książki autora pod tytułem „Problem Spinozy”, zatem „Wzywam policję” traktuję jako terapeutyczną przystawkę do (już) tegorocznego dania głównego.

Wszystkich, których interesuje postać Irvina D. Yaloma, odsyłam do jego oficjalnej strony internetowej, na której znajdziecie między innymi szczegółowe informacje biograficzne, wydane książki, a także przeprowadzone z nim wywiady, niedawno prowadzone wykłady i otrzymane nagrody.

http://yalom.com/

“Zachwyt nad fałdą spodni” autorstwa Bartłomieja Dobroczyńskiego

 

Oto link do artykułu, który ukazał się w Wysokich Obcasach: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,10886817,Zachwyt_nad_falda_spodni.html?as=1&startsz=x

Naprawdę warto poświęcić chwilę.

Miłośnik psychologiczny – o związkach od (psychologicznej) kuchni

Ostatnio obejrzałam film „Blue Valentine” (reż. Cianfrance), opowiadający historię rozpadającego się małżeństwa. Na pytanie co takiego stało się między bohaterami, że ich wzruszająca kiedyś miłość zaczęła się kończyć, przychodziło mi mnóstwo różnych, często sprzecznych odpowiedzi. Refleksje jakie przyszły mi do głowy po tym filmie skłoniły mnie do napisania czegoś z psychologicznej perspektywy o związkach. Temat nie jest prosty; trudno uniknąć w nim truizmów, a jednocześnie dotyka szalenie złożonej materii, bo z czego składają się nasze związki? Każdy z nas wnosi do nich swoją historię, doświadczenia wyniesione z wcześniejszych relacji, swoje obawy, lęki, zranienia, swoje nadzieje, oczekiwania, marzenia. Każdy wnosi też swoją wizję związku i jego kształtu, ale też swoje wyobrażenie – czasem bliższe rzeczywistości, czasem dalsze – dotyczące tej drugiej osoby, z którą się wiąże. Już sam ten „wkład” wnoszony przez każdego z partnerów może stać się zarzewiem konfliktów, rozczarowań i nieporozumień; a to dopiero początek…

Pomyślałam więc, że może warto o miłości, związkach, bliskości, ale też trudnościach w bliskich relacjach opowiedzieć trochę z perspektywy psychologiczno-terapeutycznej. Wielu znanych i cenionych badaczy tej dziedziny włożyło swój wkład w rozumienie tego, co dzieje się między dwojgiem ludzi. Chciałabym o ich odkryciach napisać na nowo, gdyż mam poczucie, że w zalewie poradnikowej wiedzy na temat tego „Jak rozpalić jego zmysły” lub „Jak podgrzewać atmosferę w swoim związku”, gdzieś ucieka istota tego, czego każdy z nas szuka w kontakcie z drugim człowiekiem…
Wybór tematów „związkowych”, o których będę tu pisać jest moją subiektywną grupą obszarów i wiedzy przydatnych w byciu blisko, choć pewnie nie jest jedyną, ani wyczerpującą listą koncepcji psychologicznych poruszających ten temat. Można zatem potraktować ją raczej jako impuls do przyglądania się swojemu związkowi i sobie w tym związku. A może dzięki temu będzie w nim cieplej, bliżej i MIŁOŚNIEJ…?

Odsłona pierwsza: STYL PRZYWIĄZANIA

To, w jaki rodzaj relacji w dorosłym życiu będziemy wchodzili, w dużej mierze zależy od tego, jak opiekowano się nami w najwcześniejszym okresie życia. Już kilkadziesiąt lat temu badania Rene Spitza dobitnie wskazały, że człowiek bez innych ludzi wokół siebie po prostu nie może żyć. I nie chodzi tu tylko o zależność noworodka od karmienia go czy przewijania przez dorosłego opiekuna. Otóż Rene Spitz udowodnił, że brak kontaktu dziecka z opiekunem polegającego na dotykaniu, przytulaniu, głaskaniu, całowaniu prowadzi do gwałtownego obniżenia odporności układu immunologicznego i nerwowego. W skrajnych przypadkach brak kontaktu dziecka z kimś, kto się o nie troszczy może doprowadzić do takiego osłabienia organizmu, które kończy się śmiercią, nawet pomimo dobrej opieki poza emocjonalnej. Te dzieci, które otrzymały niezbędne minimum czułości, aby przeżyć rozwijały się fizycznie i psychicznie znacznie lepiej. Jak to zbadał?

Spitz porównywał wychowywanie dzieci w czystym i schludnym przytułku, w którym pracowały wykwalifikowane pielęgniarki z więziennym żłobkiem, w którym warunki były znacznie gorsze, ale gdzie dzieci miały swobodny kontakt z matkami. W ciągu dwóch pierwszych lat życia umarła jedna trzecia dzieci z przytułku i żadne dziecko z więziennego żłobka. Na trzydzieści dzieci z przytułku tylko jedno rozwijało się prawidłowo – to, które pielęgniarki uznały za ładne, które dotykały i głaskały.
Brzmi przerażająco, wiem, z drugiej strony dopiero jego badania zmieniły myślenie lekarzy i rodziców o tym, co dla rozwoju dziecka jest najważniejsze.
Dla tych, o mocnych nerwach fragment filmu dokumentalnego o konsekwencjach skrajnej deprywacji emocjonalnej:

Jeśli jednak tak bardzo potrzebujemy innych ludzi, dlaczego tak wielu z nas ma problemy z byciem blisko? Dlaczego tak wielu ludzi jest samotnych? Jak to się dzieje, że tęsknimy za kontaktem z kimś bliskim, a jednocześnie możliwość tego kontaktu napawa nas przerażeniem? Dlaczego ci, których kochamy, budzą w nas czasem wściekłość i nienawiść?

Jakaś cząstka odpowiedzi na to pytanie mieści się w stylu przywiązania jaki kształtuje się u każdego człowieka w najwcześniejszych relacjach z bliskimi. Część z dorosłych ludzi jako dzieci miała dużo szczęścia – ich rodzice byli ciepli, troskliwi, czuli, uważni na ich potrzeby. Rodzice szybko nauczyli się rozróżniać jaki rodzaj płaczu oznacza „chcę jeść” , jaki „mam mokro”, a jaki „niech mnie ktoś przytuli i przyniesie ulgę”.

U takich dzieci rozwija się styl przywiązania bezpiecznego, a w okresie dorastania i później w dorosłym życiu, staje się on źródłem zasobów w relacjach z rówieśnikami, kolegami, przyjaciółmi, rodziną, współpracownikami… Osoby o bezpiecznym stylu przywiązania są otwarte, ciepłe, chętnie wchodzą w kontakty z innymi, a po tych kontaktach spodziewają się czegoś dobrego, wierzą w dobre intencje innych, potrafią pochwalić, pocieszyć, powiedzieć coś miłego i czerpią z tego radość. Kontakty z innymi są dla nich źródłem energii, przyjemności i ważnym elementem ich życia. Takim osobom łatwiej przychodzi nawiązywanie relacji, ale przede wszystkim ich podtrzymywanie. Potrafią dbać o bliskich, dbać o bliskość i intymność w relacjach, a nieporozumienia są czymś, co rozwiązuje się po to, aby przywrócić pozytywną, bezpieczną więź.

Niestety część z maluchów rozwija się w mniej sprzyjających warunkach, ich rodzice rzadziej lub wcale nie reagują na płacz, „nie rozpieszczają” tuleniem, kołysaniem, mówieniem do dzieci. Kiedy już biorą dziecko na ręce, rzadko nawiązują z nim kontakt wzrokowy, czasem są tak pochłonięci własnymi problemami, zmartwieniami, są tak przygnębieni, że nie znajdują w sobie ciepła i czułości dla dziecka. Stopniowo maluch uczy się przykrych prawd o świecie i bliskich mu ludziach. Uczy się, że nie ma sensu za dużo płakać, bo i tak nikt nie przyjdzie (rodzice mówią wówczas: „nie można go uczyć, że będziemy na każde jego zawołanie”, a po takim treningu, mówią, że dobrze dziecko wychowali, skoro potrafi leżeć w łóżeczku dłuuuugo i nie płakać). Uczy się także, że nie ma sensu zgłaszać własnych potrzeb, bo nakarmionym będzie się o konkretnej porze, a nie wtedy gdy się jest głodnym. Zaczyna też kojarzyć, że kontakt z opiekunem to czas wzmożonego napięcia, zdenerwowania i stresu. Pomału tworzy się w nim wzór relacji z innymi oparty na lęku i chęci unikania.

Osoby o lękowo-unikającym stylu przywiązania uczą się dwóch podstawowych zasad: „Mogę liczyć tylko na siebie” i „Bycie blisko z drugim człowiekiem napawa mnie lękiem, więc muszę tego unikać”. Największym dramatem tych dzieci, a później dorosłych jest to, że pomimo lęku i unikania, nadal pragną bliskości. Pozostają więc w ciągłym konflikcie pomiędzy unikaniem lęku a znoszeniem frustracji związanej z samotnością. W dorosłym życiu często odrzucają czułości, ukrywają swoje uczucia, starają się być samowystarczalne, boją się bliskości i nie ufają innym, a bliski kontakt z drugim człowiekiem (taki jak przytulenie) napawa je przerażeniem. Z drugiej strony, bardzo często czują się mało wartościowe, niekompetentne, są nieśmiałe i boją się odrzucenia. To, co prezentują światu to pozorna niezależność, jednak w środku bardzo przeżywają wszelkie sygnały świadczące o braku akceptacji czy odrzuceniu ze strony innych. Ponieważ jako dzieci nauczyły się nie czekać na ukojenie przez opiekunów, w sytuacjach stresu, kryzysu – wycofują się, nie szukają wsparcia, próbują radzić sobie sami.

Teraz wyobraźmy sobie, że w związek wchodzi dwoje ludzi o lękowo-unikającym stylu przywiązania, wszak tylko w takiej konfiguracji natężenie bliskości będzie dla nich do zniesienia. Łatwo przewidzieć jednak, że w takim związku obojgu będzie czegoś brakowało, oboje będą tęsknili za bliskością, a jednocześnie będą mogli nawzajem obwiniać się za jej brak. Gdy w związku nastąpi kryzys, każde będzie radziło sobie w samotności, jednocześnie marząc o uzyskaniu wsparcia. Gdyby jednak to wsparcie się pojawiło – bardzo prawdopodobne, że odrzuciliby je ze strachem, jako zbyt zagrażające. Są jednak też takie związki, które na tej zasadzie doskonale funkcjonują, a każde z partnerów żyje własnym życiem obok partnera. Dobrym przykładem są choćby małżeństwa marynarzy, w których nie bez przyczyny największe kryzysy pojawiają się dopiero po przejściu na emeryturę…

Teraz wyobraźmy sobie inną sytuację. Maleńkie dziecko płacze w łóżeczku, próbując w ten sposób dać znać, że jest mu źle, niekomfortowo i potrzebuje przytulenia. Opiekun reaguje, przychodzi, jednak zamiast wzięcia na ręce i ukołysania, najpierw zmienia pieluchę, później próbuje dać jeść, a widząc, że dziecko płacze coraz głośniej, zaczyna denerwować się i w końcu zostawia je w łóżeczku myśląc, że wszystkie pragnienia dziecka są zaspokojone i potrzebuje ono jedynie czasu żeby się uspokoić. Oczywiście, takie sytuacje zdarzają się każdemu dziecku, jednak jeśli ten rodzaj reakcji utrwala się, a opiekun nie potrafi prawidłowo odczytywać potrzeb dziecka, wówczas może wytworzyć się u dziecka styl przywiązania lękowo-ambiwalentny.

Pod wpływem powtarzających się takich doświadczeń z opiekunem, dziecko uczy się, że jego potrzeby są ignorowane lub opacznie rozumiane i interpretowane. Może czuć zagubienie w tym czego właściwie potrzebuje (Kto wie lepiej? Ja czy mama?), uczy się, że inni ludzie są nieprzewidywalni, nie zaspokajający i nieczuli na wysyłane sygnały. Uczy się też, że kontakt z innymi wiąże się z rosnącym napięciem, frustracją i niezadowoleniem, a nie poczuciem ulgi. O ile u dzieci lękowo-unikających, ulga pojawia się poprzez tłumienie potrzeb lub próby zaspokojenia ich samodzielnie, to u dzieci lekowo-ambiwalentnych ulga pojawia się dopiero po skrajnym napięciu, płaczu, histerii, w wyniku zmęczenia, wyczerpania sił i wyładowania emocji.

Osoby o tym stylu przywiązania są pełne ambiwalencji – bardzo chcą odczuć ulgę, uzyskać uspokojenie od kogoś bliskiego, jednocześnie jednak są pełne złości, pretensji i roszczeń wobec tych osób. Odpychają tych których kochają, a jednocześnie bardzo chcą być blisko. Potrafią ranić słowami, odrzucać i czekać jednocześnie, że bliska osoba to przetrzyma i będzie nadal kochać. Gdy spotykają się z odmienna reakcją – wycofaniem, odrzuceniem – próbują eskalować płacz, wymusić miłość złością i agresją.

Jak może wyglądać związek z osobą o takim stylu przywiązania? Gwarantowane są w nim intensywne, skrajne emocje, często nieufność i złość w neutralnych sytuacjach, częste przypisywanie złych intencji partnerowi i ciągła huśtawka pomiędzy miłością a nienawiścią…

Oczywiście opis jakiego tu dokonałam jest pewnym schematem i uproszczeniem, „esencją” charakterystycznych zachowań przypisanych różnym stylom przywiązania. Najczęściej spotykamy się w życiu z mieszankami różnych stylów lub delikatnymi wahnięciami w kierunku któregoś z nich. Często nie zdajemy sobie sprawy jak wiele zachowań, słów, uczuć, które kierujemy w stronę partnera/partnerki ma swoje uzasadnienie w zupełnie innym czasie, w zupełnie innym kontekście, ile z nich kierowanych było pierwotnie do kogoś zupełnie innego…

I choć kłopoty z jakimi borykają się ludzie, którzy nie mieli szczęścia do doświadczenia bezpiecznego stylu przywiązania, często są powodem ogromnego cierpienia, to jednak nikomu z nas nie została odebrana pamięć tęsknoty za ciepłem, bliskością i obecnością drugiego człowieka.
W końcu, każde dziecko, bez wyjątku, przychodząc na świat daje mu znać, że go potrzebuje. Na tym pierwszym, najwcześniejszym etapie nikomu z nas nie przychodzi do głowy, żeby obyć się bez świata…

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU !!!

 

Cały “bliżejowy” zespół życzy wszystkim szczęśliwego, pełnego wrażeń lub spokoju (do wyboru!), zdrowego i magicznego Nowego Roku. Bawcie się dziś tak jak lubicie:)))))

 

Lepszy Święty Mikołaj w damskich rajstopach.. niż żaden.

 Mój kolega opowiadał mi kiedyś o jednym ze swoich wieczorów wigilijnych, kiedy jako małe dziecko czekał z niecierpliwością i niepokojem na Świętego Mikołaja. Czy przyjdzie? Czy będą prezenty? Czy będzie rózga…? W końcu przyszedł. Biała, długa broda i czerwony płaszcz – tu wszystko jak trzeba, jednak spod długiego płaszcza wystawały cienkie nogi w jeszcze cieńszych, damskich rajstopach.. buty też budziły podejrzenia. Czy te szczegóły zniszczyły ogólny efekt? Oczywiście nie. Znak zapytania pojawił się i znikł, a wspomnienie Gwiazdora rozdającego prezenty, w zamian za wiersz lub piosenkę, zostało by wesoło ogrzewać przez kolejne lata.

Rajstopy musiały doświadczyć takiego losu, musiały zostać pominięte, gdyż dziecko musi i chce chronić swoje fantazje.  Po pierwsze dlatego, że fantazje są przyjemne, po drugie – bo są konieczne. Dzieci potrzebują niezwykłości, magiczności, dobrych wróżek, odważnych rycerzy i domków z piernika. Rodzice martwią się niekiedy, że podtrzymywanie w dzieciach przekonania o niezwykłych istotach lub zjawiskach może być szkodliwe Obawiają się, że wiara w mówiące zwierzęta, krasnoludki i zawsze szczęśliwe zakończenia prowadzi do gorzkich rozczarowań. Dlatego decydują się czasem konfrontować dziecko z faktami, przedstawiać racjonalne i logiczne wytłumaczenia np. tego, że choć to wspaniałe marzenie, to nie należy jednak oczekiwać, że zwierzęta zaczną mówić ludzkim głosem. Na nic jednak zdadzą się takie próby – dzieci i tak wiedzą lepiej! Tak więc nie tylko wierzą, że zwierzęta mogą przemówić jak ludzie, ale też, że wiadomość będzie przeznaczona właśnie dla dziecięcych uszu. Myślenie dziecka odznacza się bowiem egocentryzmem oraz animizmem. Oznacza to tyle, że dziecko jest skupione przede wszystkim na sobie oraz, że postrzega wszystkie rzeczy w koło tak jakby były one żywe albo do życia zdolne. Ponadto dziecko może mieć przekonanie, że np. zwierzęta, wiatr, kamienie, słońce mogą mieć ludzie cechy: słońce świeci bo ma na to ochotę, wiatr szepcze do ucha zagadki,  kamienie w nocy przebiegają na drugą stronę ulicy, bo ciągle po jednej to nuda. Dzieci mogą deklarować co innego: „Pewnie, że zabawki nie ożywają w nocy, phi!” i jednocześnie, w głębi ducha,  puszczać oko do ulubionego pluszaka.

Jest to naturalny etap rozwoju i jest on bardzo potrzebny. Fantazjowanie daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, osadzenia, tłumaczy zjawiska, które inaczej trudno im zrozumieć. Tłumaczenie małemu dziecku błyskawic jako zjawiska wyładowań elektrycznych nie ma sensu, ważne by mówić do dziecka językiem i obrazami, które zna. W innym wypadku możemy wprowadzić zamieszanie i lęk. Dziecko nie potrafi jeszcze myśleć abstrakcyjnie i przede wszystkim chce mieć poczucie, że żyje w bezpiecznym świecie. Dopiero zaczyna dowiadywać się kim jest, w sensie najbardziej podstawowym: że jest chłopcem lub dziewczynką, przedszkolakiem itp. Naprawdę ma o czym myśleć i co odkrywać. Świat fantazji jest pomocny w tym procesie gdyż pozwala na poczucie, że na świecie są dobre istoty, na które można liczyć (oprócz rodziców!). Dziecko może odwoływać się do tych obrazów w fantazji, mogą być dla niego wsparciem, gdy rodziców nie ma w pobliżu, a godziny w przedszkolu ciągną się w nieskończoność. W miarę upływu czasu dziecko będzie „nabierało“ racjonalności, zrozumie świat symboli i oddzieli go od świata realnego. Nie oznacza to, że świat fantazji zostanie wyparty przez racjonalność, ale że dostanie należne sobie miejsce – nie będzie już głównym sposobem myślenia, ale jego odmianą – służącą relaksowi, kreatywności, a czasem ucieczce od codzienności.

Nie jest jednak tak, że dziecko ma być „karmione“ tylko miłymi treściami. Rodzice często intuicyjnie czują, że oddzielanie dziecka od wiedzy, że na świecie są również różnie pojęte „nieprzyjemności“, nie jest dla niego korzystne. Również tutaj świat fantazji przychodzi z pomocą: wiadomości o czyhających niebezpieczeństwach doskonale przekazują baśnie. Tam aż roi się od złych czarownic i czarowników ciemnych lasów i olbrzymów. Z baśni dziecko dowiaduje się, że ludzie bywają podstępni i okrutni, chciwi i zawistni – źli. Bohaterowie muszą stoczyć walkę ze złem by osiągnąć sukces: zdobyć księżniczkę, królestwo, garnek złota. Możemy z powodzeniem czytać dziecku straszne, trzymające w napięciu baśnie jednak tylko wtedy gdy towarzyszymy mu w tej podróży (wspólnie się boimy, martwimy o bohatera, cieszymy z jego zwycięstwa) oraz gdy baśń ma szczęśliwe zakończenie! Dziecko musi wiedzieć, że warto wyruszyć w świat, że warto zmierzyć się z niebezpieczeństwami bo tylko wtedy można zdobyć coś wartościowego. Tłumaczenie dziecku, że „różnie bywa“ to podcinanie skrzydeł, które mają być mocne i wytrwałe. Tak jak wytrwały był rybak, który zarzucał sieci trzy razy by w końcu wyłowić magiczną lampę. Gdyby poddał się przy pierwszej porażce stracilybyśmy piękną historię!

Dlatego Święty Mikołaj musi przyjść, nawet jeśli kryształowy wazon został rozbity, a ściana zniknęła pod nieplanowanym freskiem wykonanym kredkami.

Dziecko musi mieć nadzieję, że będzie dobrze, że warto. Fantazjowanie to konieczny etap na drodze do budowania zaufania do siebie i innych. Niektóre fantazje zostaną w końcu „odczarowane”, ale to kolejny zdrowy krok. Mój kolega nie wierzy już w Świętego Mikołaja, ale mamie, z powodu jej małego „oszustwa“, wyrzutów nigdy nie zrobił.

Inspiracją dla artykułu była książka „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni”  B.Bettelheima

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o pierwszym spotkaniu u psychoterapeuty, ale boicie się zapytać :)

Nie oszukujmy się, wykonanie telefonu i umówienie się na wizytę do psychoterapeuty nie jest proste. Wymaga czasu, wysiłku, nieudanych prób radzenia sobie samemu z problemem, korzystania z innych sposobów, często słuchania namów bliskich, rodziny, przyjaciół. Sytuacja, która sama w sobie jest stresująca (nikt przecież nie decyduje się na psychoterapię, gdy dobrze sobie radzi w życiu, czuje się wspaniale, a jego poczucie wartości jest ugruntowane), gdyż wymaga przyznania się do swoich trudności przed kimś nieznanym; jest dodatkowo obciążona różnymi wyobrażeniami, fantazjami i obawami, jakie nasza kultura nakłada na psychoterapię. Nie da się też pominąć wpływu na te wyobrażenia negatywnych opinii bliskich i znajomych, którzy trafili na taką osobę, lub taką formę pomocy, z której nie byli zadowoleni.

Wychodząc naprzeciw wiedzy o tym, że najstraszniejsze jest często to, co produkuje nasza wyobraźnia, chciałabym rozwiać kilka mitów dotyczących psychoterapii, ale też wnieść odrobinę jasności i pewności w tym obszarze. Zebrałam najczęściej pojawiające się pytania podczas pierwszego spotkania, z którymi przychodzą do mnie osoby poszukujące pomocy.

Myślę sobie, że jest też spora grupa ludzi, którzy boją się o cos zapytać, lub nie mają szansy rozwiać swoich wątpliwości, gdyż decyzja o spotkaniu z psychoterapeuta jest wciąż przed nimi (często właśnie z obawy przed tymi wątpliwościami). I to dla nich odrobina informacji o tej formie pomocy. Spróbujmy odczarować trochę psychoterapię! J

Podstawowa sprawa: Ile trwa terapia?

Ważne pytanie, zwłaszcza, że jest to kosztowny, czasochłonny i wymagający zaangażowania proces.

Otóż odpowiedź na to pytanie jest bardzo indywidualna i zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od rodzaju zgłaszanego problemu, od tego jak bardzo problem jest złożony i od motywacji i zaangażowania w proces terapeutyczny pacjenta i terapeuty. W zależności od tego terapia może potrwać kilka miesięcy, rok lub dłużej.

Przykładowo: jeśli zgłasza się ktoś z atakami paniki, czasem wystarcza leczenie poznawczo-behawioralne, które uczy osobę doświadczającą ataków – lepszego monitorowania swoich myśli i różnego rodzaju technik uspokajających, które mogą doprowadzić do efektów podczas kilku do kilkunastu sesji.

Jeśli jednak podczas spotkań okazuje się, że ataki paniki są tylko jednym z problemów (np. najbardziej dokuczliwym), a oprócz nich pojawiają się też inne trudności, np. związane z konfliktami rodzinnymi, doświadczaniem stresu, presji, przemocy, itp. Może okazać się, że skuteczna terapia będzie wymagała zajęcia się też pozostałymi sprawami, co spowoduje, że proces leczenia będzie dłuższy.

Podczas wstępnej konsultacji można zapytać terapeutę, jak przewiduje czas trwania terapii w odniesieniu do zgłaszanego problemu. Również w czasie pracy terapeutycznej co jakiś  czas sprawdza się jej efektywność, zachodzące zmiany i zasadność dalszego leczenia.

Druga sprawa: Czego mogę spodziewać się na pierwszym spotkaniu z terapeutą?

Wiele osób zwyczajnie lepiej się czuje, gdy może przygotować się do takiego spotkania. Pierwsze spotkanie w gabinecie jest zazwyczaj bardzo stresujące. Zgłoszenie się do psychoterapeuty, pojawienie się w gabinecie i rozmowa o swoich trudnościach często budzą skrępowanie, zawstydzenie i niepokój. Terapeuci są zazwyczaj przygotowani na zdenerwowanie swoich pacjentów i nie dziwią się mu. Jeśli chcesz możesz sam zacząć rozmowę z terapeutą, jeśli jest to dla Ciebie zbyt trudne – po prostu o tym powiedz, terapeuta nakieruje Cię, będzie zadawał pytania, pomoże Ci opowiedzieć o Twoim problemie.

Często słyszę, że ktoś kto zgłasza się na wizytę nie wie, jak powinien się podczas niej zachowywać – otóż, w gabinecie terapeutycznym nie ma zasady, do której powinno się dostosować. Najlepiej być sobą i mówić o tym, co ważne dla Ciebie. Dzięki temu terapeuta będzie lepiej Ciebie rozumiał i łatwiej będzie mu Tobie pomagać.

Na pierwszym spotkaniu możesz spodziewać się pytań dotyczących tego, co skłoniło Cię do szukania pomocy,  prośby o dokładne opisanie problemu, terapeuta może też pytać o inne obszary Twojego życia, które mogą mieć istotne znaczenie dla występowania Twojego problemu, np. o jedzenie, apetyt, stresujące wydarzenia, sen, kontakty z bliskimi osobami, zdrowie, itp.

Trzecia sprawa: O czym mam mówić podczas pierwszego spotkania?

Z mojego punktu widzenia, najlepsza zasada to: mów o tym, co dla Ciebie najistotniejsze, najważniejsze, o tym co Cię niepokoi, martwi, przygnębia, złości, o tym z czym sobie nie radzisz, co chcesz zmienić. Możesz też zapytać terapeutę o wszystko to, co budzi Twoje wątpliwości, lub czego nie wiesz. Masz prawo pytać o to, jak będzie wyglądała terapia, czego można po niej oczekiwać, masz prawo pytać o doświadczenie terapeuty w pracy z określonymi trudnościami, o to jak często będziecie się spotykali, kiedy można spodziewać się pierwszych efektów,  i o wiele innych, nurtujących Cię spraw. Pamiętaj, że Twój terapeuta ma być Twoim sprzymierzeńcem w walce z trudnościami, im więcej szczerości i otwartości będzie w waszej relacji od samego początku, tym efektywniej będzie się Wam pracowało.

Czwarta sprawa: Jak właściwie wygląda terapia? Co dzieje się podczas spotkań?

Na to pytanie odpowiedzi różnych terapeutów brzmią nieco inaczej, W dużej mierze zależy to od paradygmatu (szkoły) psychologicznej, w której dana osoba się kształci.

W naszej Pracowni pracują terapeuci integracyjni i psychodynamiczni. Ja jestem psychoterapeutką integracyjną, co oznacza, że korzystam w swojej pracy z dorobku różnych szkół psychologicznych, dopasowując techniki i procedury terapeutyczne do określonych problemów psychologicznych. Większa część spotkań w nurcie integracyjnym polega na rozmowie, analizowaniu, obserwowaniu siebie w relacjach z innymi, ale też często zdarza się zapisywanie, rysowanie, używanie wyobraźni, trenowanie konstruktywnych zachowań i umiejętności, uczenie się relaksowania,  odgrywanie ról, pozwalanie sobie na przeżywanie silnych, tłumionych uczuć, czy wykonywanie zadań domowych.

Praca w nurcie integracyjnym, w moim rozumieniu polega przede wszystkim na takim dopasowaniu sposobu pomagania, który będzie skrojony do osobistych problemów, preferencji, potrzeb i doświadczeń osoby, której pomagam. Przewodni kierunek mojej pracy nadaje nurt humanistyczny, który skłania mnie do szukania indywidualnych rozwiązań dla każdej osoby, która pojawia się w gabinecie. I choć znam szereg skutecznych technik, przypisanych rożnym zaburzeniom, choć znam kryteria diagnostyczne dotyczące klasyfikowania chorób, zaburzeń osobowości, itp., to zawsze na pierwszym planie jest dla mnie człowiek i jego historia; szukając rozwiązań, kieruję się przede wszystkim tym, co może być pomocne dla tej konkretnej osoby.

Sprawa piąta: Skąd wiedzieć czy terapia jest rozwiązaniem na moje problemy?

Jasną odpowiedź na to pytanie może przynieść wstępna konsultacja psychologiczna, podczas której terapeuta pomoże sprawdzić, czy w danym problemie potrzebna jest pomoc lekarza, leków, terapii, mediacji czy jeszcze innej formy pomocy. Pewną wskazówką świadczącą o tym, że terapia mogłaby pomóc w rozwiązaniu Twoich problemów  może być lista najczęstszych trudności, w których psychoterapia przynosi skuteczną pomoc, a są to między innymi:

- problemy w kontaktach z ludźmi (nadmierna uległość, nadmierna agresywność, popadanie w konflikty,…)

- bolesne doświadczenia z dzieciństwa (przemoc, alkoholizm, molestowanie seksualne, zaniedbanie)

- bolesne doświadczanie kontaktu z samym sobą, raniąca krytyka siebie, nieprzychylny stosunek do siebie

- pracoholizm, przepracowywanie się, dążenie do perfekcji i doskonałości kosztem zdrowia i rodziny

- brak kontroli gniewu, wybuchy złości

- depresja, popadanie w stany przygnębienia i apatii

- zaburzenia lękowe (fobie, ataki paniki, lęk społeczny, obsesje, kompulsje)

- aktualne doświadczanie przemocy psychicznej, fizycznej lub seksualnej, współuzależnienie

- zaburzenia jedzenia

- doświadczenie traumy (wypadek, zagrożenie życia)

- żałoba

- zaburzenia dwubiegunowe

- zaburzenia osobowości

Sprawa szósta: Czym różni się terapia krótkoterminowa od terapii długoterminowej? Która jest lepsza dla mnie?

Terapia krótkoterminowa oznacza spotkania w trybie cotygodniowym przez okres od kilku  tygodni do 3 miesięcy. Zazwyczaj koncentruje się ona na rozwiązaniu aktualnego, konkretnego problemu, który został określony przez osobę zgłaszająca się na terapię, osiągnięcie tego celu, kończy terapię. Problemy, w których sprawdza się najbardziej to:

- przeciwdziałanie atakom paniki

- uczenie się sposobów redukowania stresu i radzenia sobie z nim

- szukanie wsparcia w sytuacjach kryzysowych (np. ciąża, rozstanie, rozwód, itp.)

- uczenie się asertywności, lepszej komunikacji w związku

- szukanie rozwiązań problemów w pracy, w szkole, na studiach, w środowisku rówieśniczym

- chęć poprawy jakości relacji międzyludzkich (z współpracownikami, członkami rodziny, przyjaciółmi, znajomymi, dziećmi itp.)

Terapia długoterminowa oznacza spotkania w trybie cotygodniowym przez okres 6 miesięcy, roku, a nawet dłużej. Terapia długoterminowa koncentruje się na szukaniu głębokich korzeni i przyczyn problemów. Jej celem jest uporządkowanie długo trwających problemów z przeszłości i uwolnienie się spod wpływu raniących śladów doświadczeń z przeszłości, tak aby móc w aktualnym życiu bardziej koncentrować się na tym co „tu i teraz”, a nie być niewolnikiem przeszłości i ukształtowanych wtedy sposobów funkcjonowania, wchodzenia w relacje z innymi i radzenia sobie z własnymi uczuciami.

Sprawa siódma: W jakich sytuacjach sprawdza się terapia indywidualna, w jakich terapia małżeńska/par, a kiedy terapia grupowa?

Terapia indywidualna najlepiej nadaje się dla tych osób, które mają problemy ze sobą, z własnymi uczuciami, zachowaniami, które w przeszłości doświadczały przemocy, zaniedbań, raniącego kontaktu z bliskimi, dla tych osób, które chcą lepiej poznać, zrozumieć siebie, ale też bardziej świadomie kierować własnym życiem.

Terapia par/małżeńska jest najlepszą formą pomocy dla tych osób, które maja trudności w komunikacji, w interakcjach z najbliższą osobą. Terapia par sprawdza się wtedy, gdy żadne z partnerów nie ma własnych, poważnych, osobistych trudności, a to co martwi to niemożliwość znalezienia porozumienia z druga osobą. Często pary wpadają w pułapkę ciągle powtarzających się kłótni, sposobów postepowania wobec siebie, które nie przynoszą satysfakcji, a powiększają dystans. Czasem przyczyną podjęcia terapii jest zdrada i związane z nią zranienia pomiędzy partnerami. Terapia par w dużej mierze skupia się na pomocy w odbudowywaniu komunikacji, zaufania, bliskości, uczeniu się pielęgnowania uczuć wobec siebie nawzajem lub przerywaniu rutynowego kontaktowania się pary ze sobą. Bardzo często celem terapii par jest nauczenie ludzi bycia ze sobą w emocjonalnie bliskim, intymnym i bezpiecznym kontakcie.

Terapia grupowa skupia się przede wszystkim na interakcjach międzyludzkich, dlatego jest najlepszą formą dla osób doświadczających trudności w kontaktach z innymi ludźmi (takich jak: nieśmiałość, samotność, fobia społeczna, kłopot z nawiązywaniem relacji, utrzymywaniem związków, byciem blisko z innymi, itp.). W grupie można otrzymać informacje zwrotne o swoim zachowaniu, wrażeniu jakie wywiera się na innych, można skonfrontować się z własnymi lękami, przekonaniami i niepokojami dotyczącymi innych, ale przede wszystkim można w bezpiecznych warunkach próbować, testować nowe zachowania, sposoby komunikacji, które w znaczący sposób wpływają nie tylko na kontakty wewnątrz grupy, ale też na zmiany w kontaktach z ludźmi poza grupą terapeutyczną.

Uff, to na razie tyle :) Choć lista pytań i obaw na pewno nie jest kompletna i wyczerpująca, mam nadzieję, że choć w drobnej części przyda się niezdecydowanym :) a spotkanie z psychoterapeutą nie będzie już takie straszne :)

Katarzyna Grabiec

Previous Older Entries

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.